piątek, 24 lipca 2015

Policjantom w Dniu Święta



      Policjanci dziś świętowali. Należy mieć nadzieję, że święto stróży prawa uszanowali złodzieje i bandyci. Jeśli nie, to pewnie mieli dzisiaj nieco łatwiej.
 
     Władza wywierała zdecydowanie mniejszą presję. Na drogach też jakby mniej patroli. Taki trochę „easy day” dla wszelkiego rodzaju złoczyńców. Można zaryzykować twierdzenie, że to także ich święto. Na szczęście jutro wszystko wróci do normy. Wykrywalność z pewnością wzrośnie, a przestępcy będą ścigani jeszcze mocniej i wydajniej.
 
      Taki szczęśliwy dzień, jak ten dzisiejszy, nazwijmy go dniem ogólnego świętowania, zdarza się tylko jeden raz w roku. Podobno znane są nawet przypadki, że bardziej rozgarnięci przedstawiciele światka przestępczego, składali dzisiaj swoim aniołom stróżom życzenia. Nie dotyczy to wszystkich, lecz nieco bardziej przebiegłej i wyrafinowanej przestępczej awangardy. Tak czy owak wszystkiego najlepszego stróżom prawa! Spójrzcie na warunki pracy kolegów i koleżanek w Ugandzie i cieszcie się życiem.
 
 

poniedziałek, 20 lipca 2015

Na wakacje do Gagauzji


 

Pojechałem kiedyś do Gagauzji. Było to parę lat temu temu, we wtorek, co oczywiście nie ma większego znaczenia, mimo to zapamiętałem, że to był wtorek. Może dlatego tak dobrze to pamiętam, bo podróżowałem w dobrym towarzystwie.  Gagauzi świętują dwa razy w roku: Hederlezi - w dzień świętego Jerzego, i Kasym - w dzień świętego Dymitra. Ja zajechałem w Dymitra. Tego dnia Gagauzi organizowali wyścigi końskich zaprzęgów wzbijających tumany kurzu nad stepem. Pili przy tym wino, jedli ser i nadziwić się nie mogli, dlaczego Polacy przyjechali świętować wraz z nimi.

- Przez przypadek - odpowiadałem zgodnie z prawdą.

 Gagauzi mieszkają w niepodległej Mołdawii, niebędącej ich wymarzoną ojczyzną. To ludność pochodzenia Tureckiego, która przechodząc onegdaj na prawosławie utraciła czystość i tradycję. Zawieszeni w próżni spoglądają w stronę Rosji, w samochodach wywieszają rosyjskie flagi, stawiają pomniki Leninowi, szukając jednocześnie duchów przodków, do których mogliby się zwracać w swoim języku. Tylko czy duchy zechcą ich wysłuchać?
 
 

- Dziś mamy samochody, a nawet motocykle. W Komracie jest uniwersytet. Czego nam więcej trzeba? - pytał retorycznie przywódca lokalnej społeczności, w położonej niedaleko stołecznego Komratu wiosce Dezghingea.

Stał w trzcinowym szałasie wraz z nobliwymi mieszkańcami wioski, podczas gdy reszta spożywała zupę z dyni przy wspólnym stole. Nas – gości - zaproszono do środka szałasu i częstowano bardzo szczerze. Jedynym motocyklem, jaki widziałem w okolicy, był przerobiony na transportową ciężarówkę marki Dniepr. Z samochodami było nieco lepiej, ale tylko nieco. Poza tym we wsi była szeroka szutrowa droga, którą pojechaliśmy dalej przed siebie. Po kilkunastu kilometrach doprowadziła nas do szosy wiodącej wprost do  Kiszyniowa.

 

niedziela, 12 lipca 2015

Kryzysowy domek


Domek w Polsce, nawet w samym centrum Polski. Nie w leśnych ostępach, lecz gdzieś na północ od Łodzi. Całkiem blisko miasta. Ciekaw byłem jak się w nim żyje. Z jakimi problemami borykają się jego mieszkańcy? Latem zabezpieczają dach przed zimą, żeby do cna nie zawalił się pod ciężarem śniegu. Pocieszają się ociepleniem klimatu, dla nich nie jest istotne, że na skutek globalnego ocieplenia drastycznie zmniejszyła się populacja trzmieli. Ważne, żeby śniegu nie nasypało i wiatr nie zwalił resztek komina.
 
Mieszkańcy domu z troską wyrazili się o Greckim kryzysie. Zupełnie po ludzku żal im biednych Greków. Mogą wypłacać z bankomatu zaledwie sześćdziesiąt Euro dziennie, a to ledwie 1800 Euro miesięcznie. Prawdziwa bieda i nieszczęście! Póki co mieszkańcy domu nie mają żadnych problemów z bankomatami. Przez to są może i szczęśliwsi od Greków. W telewizji wmówili im, że europejski kryzys obszedł się z Polską łagodniej niż z resztą Europy. Dzięki Bogu! W tym przypadku świadomość jest istotniejsza od bytu. Widać jest to możliwe. 

sobota, 4 lipca 2015

Nie taka straszna Terka


Jak tylko wzbiera we mnie ochota na dzikie jabłka i śliwki jadę do Terki. Idąc przez Studenne nad San mijam zdziczałe sady. Przypatruję się śladom niedźwiedzi i dzikim pszczołom obsiadającym rojami omszałe konary owocowych drzew. Tu była wioska. Siedemdziesiąt lat temu tętniła życiem.
 
Wojna obeszła się z nią łagodnie, dopiero po 1945 Polacy uciekli a Ukraińców wymordowało wojsko. Spoczywają w zbiorowej mogile na miejscowym cmentarzu, tuż obok płotu - starcy i dzieci. Kiedyś zasypiałem tu w starej chyży, myszy gromadnie wędrowały po moim plecaku.
 
 
Dzisiaj zajmuje jeden z domków na krańcu wsi. Mam dwie sypialnie, aneks kuchenny i kominek. Na ścianie wisi płaski telewizor, w laptopie korzystam z Internetu. Za oknem, jak kiedyś, podglądam tokującą parę orlików krzykliwych. To już kolejne pokolenie, pamiętam ich ptasich dziadków, fruwały tu już w 1981 roku. W kącie stoi spinning Abu Garcia, lepszy niż ten sprzed lat. Mimo to tutejsze lipienie smakują ciągle tak samo. Terkocze terczański derkacz. Zagnieździł się w starej dzwonnicy, tyle ostało się z tutejszej cerkwi. Po drugiej stronie ulicy ten sam sklep, w nim chleb i słodkie tanie wino. Bieszczady.