niedziela, 31 stycznia 2016

Krakowska ławeczka Jana Karskiego

        We wtorek, na krakowskim Kazimierzu, dokładnie na ulicy Szerokiej, przed synagogą Remu, odsłonięto ławkę Jana Karskiego. Nie pierwszy to tego typu skromny monument poświęcony polskiemu kurierowi. Na świecie stoi ich co najmniej kilka, wyróżniając tym samym miasta, z którymi związany był Jan Karski.
 
 
Gospodarzem uroczystości był prezydent Krakowa Jacek Majchrowski. Nie przypadkowo odsłonięcie zaplanowano na miniony wtorek, w środę przypadała 71 rocznica wyzwolenia obozu KL Auschwitz. Ile istnień ludzkich uratowała misja Karskiego tego nie wiemy. Choćby było ono tylko jedno, to i tak uratował dla kogoś cały świat. Wiemy dzisiaj, że tych istnień były tysiące, zwłaszcza węgierskich i rumuńskich Żydów.
 
 Włodzimierz Cimoszewicz wspominał odsłonięcie pierwszej ławeczki Karskiego na Uniwersytecie w Georgetown
 
Jan Karski polski patriota, katolik, członek sodalicji mariańskiej, bardzo dosłownie wierzył w ideały, które ukształtowały go jako Polaka. Urodził się w Łodzi, niemal w przededniu wybuchu Pierwszej Wojny Światowej. Dwadzieścia kilka lat później, jako jeden z pierwszych ludzi obwieścił światu co dzieje się za murami obozów koncentracyjnym i na czym polega rozwiązywanie przez Niemców tak zwanej kwestii żydowskiej. Przyjęty przez prezydenta Roosevelta osobiście zdawał mu relację. Najbardziej wpływowi politycy amerykańscy nie dawali wiary jego słowom.
 
 
Walter Braunohler, konsul USA w Krakowie, reprezentował prezydenta Stanów Zjednoczonych.

     Po wojnie Karski pozostał w Stanach Zjednoczonych, był profesorem katolickiego Uniwersytetu w Georgetown. Zaznaczam proweniencję uczelni aby wyhamować ewentualnych naprawiaczy historii, których dyletanctwo kłuje mnie ostatnio po oczach. Na szczęście życiorysu Jana Karskiego nie da się napisać od nowa. Torturowany przez gestapo usiłował odebrać sobie życie podcinając żyły. Uratowany, postanowił ratować innych. Taki wyznaczył sobie cel. Po wojnie został obywatelem USA, a po latach honorowym obywatelem Izraela. Dożył starości, zmarł w Waszyngtonie, 13 lipca 2000 roku. Nigdy za życia nie był zainteresowany splendorami i należną mu sławą. Nadeszły czasy, w których jesteśmy mu winni szczególną cześć. Pamięć o nim i jego czynach z pewnością zostanie zachowana. Dzisiaj jest ona z pewnością większa poza Polską. Zatem ma ławeczka do spełnienia swoje zadanie, choć niektórzy, z pewnością, będą wstydzili się na niej usiąść.

 
 

niedziela, 24 stycznia 2016

Historia kołem się toczy, czyli spór o inwestyturę


       Zmieniamy otaczającą nas rzeczywistość wprowadzając nowe w miejsce starego. Czasami wychodzą z tego koszmarki, jak na zdjęciu jednego z murów sfotografowanych niedaleko Szamotuł. Kiedy upiększamy na siłę, to co z natury jest piękne, postępujemy wbrew mojej ulubionej dewizie, że lepsze bywa wrogiem dobrego.
 
Przykład drugi, kiedy to nowe wdarło się w uświęconą tradycję, ukazuje zdjęcie bloku wybudowanego w tle blisko dwustuletniego krzyża, tworząc z niego obiekt niesprzyjający religijnej zadumie. Porządkując zasoby fotograficzne stwierdziłem, że mam całkiem pokaźny zbiór anomalii - ciekawostek architektonicznych i krajobrazowych - z najbliższej okolicy. Jak widać na zdjęciach sfery święta i laicka potrafią się wzajemnie nie szanować i znęcać nad sobą.

 

Nie zawsze da się owe sfery połączyć, ale o ile się da o tyle warto o to zadbać. Nie dotyczy to wyłącznie architektury. Przenikanie się obu tych sfer w przestrzeni publicznej wzbudza wiele emocji co najmniej od czasu, kiedy to, w styczniu 1077 roku, Henryk IV, klęczał trzy dni na śniegu przed zamkiem w Canossie. Bawiący tam papież Grzegorz VII, dopiero po tak dotkliwej pokucie, przyjął cesarza cofając nałożoną wcześniej na niego klątwę. Z reguły na tym kończy się opowiadanie tej historii, czerpiąc z niej fałszywy morał. Tymczasem ma ona swój ciąg dalszy. Co było dalej?  Henryk IV popadł w kłopoty, wypowiedziało mu posłuszeństwo część książąt Rzeszy. Poprosił Grzegorza VII, aby tym razem obłożył ekskomuniką uzurpatora do cesarskiej korony. Grzegorz nie dość, że odmówił, to po raz kolejny nałożył ekskomunikę na Henryka IV. Ten nie mając wiele do stracenia, zdobył Rzym doprowadzając do tego, że papież zamknął się, jak w więzieniu, w Zamku Świętego Anioła. W tym samym roku zbuntowany lud obarczywszy Grzegorza VII odpowiedzialnością za to, że przyczynił się swym postępowaniem do wojennego spustoszenia Rzymu, doprowadził do przegonienia go z miasta. Tymczasem na Stolicy Piotrowej Henryk IV osadził, sprzyjającego sobie, Klemensa III. Grzegorz VII umarł rok później na wygnaniu w Salerno. Morał z tych sporów wymowny:  historia kołem się toczy.

niedziela, 17 stycznia 2016

Jak co roku chasydzi spotkali się w Lelowie


 
         Od piątku do niedzieli chasydzi z całego świata modlili się w Lelowie tańcząc, śpiewając, pijąc wino i paląc tytoń. W tym roku przypadła 202 rocznica śmierci Dawida Bidermana cadyka z Lelowa. Lelów, wieś położona 35 kilometrów od Częstochowy, dzięki grobowi cadyka, jest w Polsce jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc przez ortodoksyjnych Żydów. Dzisiaj istnieje tam z prawdziwego zdarzenia ohel (grobowiec), w którym wedle tradycji spoczywają szczątki cadyka. Zbudowano go nie tak dawno. Dowożeni autokarami z lotnisk w Krakowie i Katowicach, Żydzi mają gdzie tańczyć i spiewać. Nie straszna jest im już teraz styczniowa, polska aura.
 
 
Kiedy byłem tam wiele lat temu, jeszcze przed rokiem dwutysięcznym, pojedynczych chasydów spotkać można było modlących się na tyłach małego sklepiku GS, gdzie wcześniej zlokalizowano, zrównany z ziemią w latach wojny, grób cadyka. Dojeżdżali tu taksówkami, stali w błocie przy bramie Gminnej Spółdzielni zmarznięci i niewyspani. W ostatnich latach w Polsce, wbrew niektórym, zmieniły się nie tylko drogi, stacje benzynowe i hotele, ale także ludzkie dusze. Wyzbyły się one wstydliwej pogardy dla byłych sąsiadów, z którymi kiedyś wspólnie zamieszkiwaliśmy nasze ziemie. Mimo całej antysemickiej retoryki pojawiającej się w okolicach stadionów piłkarskich, na stałe zmieniliśmy naszą świadomość historyczną i to na tyle, że w zdecydowanej większości nie patrzymy nienawistnym okiem na gości szukających dookoła nas śladów swojej przeszłości. Jakakolwiek ta przeszłość była, była przeszłością wspólną, narodów zamieszkujących ziemie Rzeczpospolitej.
 

 
Warto o tym pamiętać w dzień inauguracji Wrocławia, jako Europejskiej Stolicy Kultury.     Powinniśmy  widzieć, że chasydyzm jest jedynym żywym ruchem religijnym powstałym na ziemiach Rzeczpospolitej. Jest on częścią mozaiki, która składa się dzisiaj na szeroko rozumiany Judaizm. To też świadczy o historii tej ziemi. Nie pora, aby opisywać tu dzieje Baal Szem Towa, założyciela chasydyzmu, być może przyjdzie kiedyś na to odpowiednia chwila. Ciekawskich nieskromnie odeślę do mojej książki „Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna”, z której, gwarantuję, więcej na ten temat się dowiedzą.

niedziela, 10 stycznia 2016

Raj dla gwałcicieli


    Fajny dzień, w którym znów zagrała Orkiestra, a mnie po głowie wędrują jakieś ponure myśli o bestialskich gwałtach. Kiedy szukałem materiałów do prelekcji na temat gwałtów w Afryce, przez przypadek (co za nieuwaga), trafiłem na stronę Korwina Mikke i zamieszczony na niej cytat pierwszej damy Zimbabwe pani Mugabe. Jakby ktoś nie wiedział przypomnę, że Mugabe to dyktator i satrapa jakich dziś nie ma wielu nawet w Afryce. Jego cytowana przez Korwina M. żona uważa, że za gwałty odpowiadają kobiety, ponieważ zbyt wyzywająco się ubierają nosząc na przykład krótkie spódnice.
 
 
Nie jest to śmieszne, lecz żałosne, tym bardziej, że na czarnym lądzie gwałty są rzeczą powszechną i niestety należą do często hołubionej tu kultury przemocy a w żadnym razie nie są wynikiem frywolnych strojów. W Ugandzie, znanej ze swojej nietolerancji wobec homoseksualistów, minister etyki i prawości Simon Lokodo, zachęca wręcz do prewencyjnych gwałtów na lesbijkach przekonując, że to lepsze od homoseksualizmu. Strach pomyśleć, czy nie zacytuje go niebawem, któryś z polskich polityków (czy aby na pewno można używać dumnego słowa polityk?). W czarnej Afryce gwałtom sprzyjają konflikty zbrojne, wojny domowe i wędrówki uchodźców. Gwałt jest wreszcie tradycyjnym narzędziem narzucającym dominację, tak jednostce, jak i całym społecznościom. W Kongo każdego dnia gwałconych jest około tysiąca kobiet w wieku rozrodczym, co daje szokujący wynik 40 gwałtów na godzinę. Podobne statystyki panują w pozostałych krajach czarnej Afryki, z RPA włącznie. W wielu z nich za falą gwałtów idą bestialskie okaleczenia, czy jak choćby miało to miejsce w zachęcającej do gwałtów w majestacie prawa Ugandzie, galopująca epidemia HIV. Kiedy Europejczycy wypowiadają się na temat gwałtów w Afryce akcentują behawiorystyczny czynnik męski, jako sprawczy, wyrządzający zło i zagrażający ładowi tworzonemu przez białego człowieka. Rzadko akcentuje się żal wobec milionów ofiar gwałtów, biednych, nieludzko traktowanych afrykańskich kobiet. Tym samym stawiają się w pozycji pani Mugabe, czy cytującego ją pseudointelektualisty.
 
 

     Na marginesie dodam, że w Afryce, zwłaszcza w środowiskach miejskich gangów (Kinszasa, Nairobi, Kampala, czy Lusaka to wielomilionowe molochy), gwałty odbywają się także na mężczyznach. Przyjęty do gangu jest gwałcony przez kolejnych członków (porażająca dosłowność niezamierzona), stojąc przez ten uwłaczający gest najniżej w hierarchii grupy. Dopiero gdy sam kogoś zgwałci jego pozycja wzrasta i tak dalej w myśl zasady: „Im więcej zgwałcę, tym mniej ma prawo zgwałcić mnie". Pozdrowienia z Afryki!
 
 

 

niedziela, 3 stycznia 2016

O książkach 2015


 
    To już trzeci dzień stycznia, a ja nie uporałem się jeszcze z rokiem ubiegłym, pozostało kilka spraw do rozliczenia i tematów do zakończenia. Jedno jest pewne nie przeczytam już tych książek, na których przeczytanie zwyczajnie zabrakło czasu, niektóre przejdą na rok następny ale pewnie znajdą się i takie, do których już nigdy nie wrócę. Z tego względu nie warto o nich pamiętać, a tym bardziej wspominać, skupiając się na tych które z 2015 roku zapamiętam jako przeczytane. Nie było tego zbyt wiele, gdzież 2015 do roku na przykład 2013 ? Trzeba się jednak cieszyć z tego co się udało osiągnąć w niełatwej dziedzinie poszerzania horyzontu.


    Zaczęło się od dwóch klasycznych powtórek, zamierzałem do nich powrócić od lat i w minionym roku wreszcie się to udało: „Sto lat samotności” i „Mistrz i Małgorzata”. Zwłaszcza pierwsza z nich męczyła mnie od dawna, aby odnowić pamięć o Macondo i skonfrontować ją z miejscami, do których udało mi się dojechać. Było warto. Inaczej odczytałem dziś obie te książki, przed laty wyzwalały wielkie emocje, teraz emocji było mniej, ale zachwyt pozostał. Bezsprzecznie podróż do lektur sprzed lat blisko trzydziestu dała mi wspaniałe doznania. Najważniejszą książką minionego roku będzie dla mnie jednak, pokaźne w swych gabarytach, „Odkrycie nieba” – czytanie tej książki to fantastyczna przygoda, choć książka należy zdecydowanie do smutnych, pochłania jak mało która lektura. Zdecydowanie numer jeden. Wiele obiecywałem sobie po „Kolekcjonerze światów”, czytanie tej książki nie był to czas stracony, jednak po zmaganiach z „Odkryciem nieba” sięgałem po nią jak po lekturę przygodową i zdecydowanie bardziej lekką niż to się ostatecznie okazało. W międzyczasie przyszła kolei na „Utz”, absolutnie genialną mikro powieść Bruca Chatwina, pełną erudycji, piękna i tajemniczej Pragi z jej mieszkańcem - kolekcjonerem Utzem. Arcydzieło. Podobnych rozmiarów „Znak wodny” zraził mnie noblowskim parnasizmem, zbyt wysublimowana lektura czasem nie służy. Ze zmartwieniem spostrzegam, że wśród zeszłorocznych lektur znalazły się zaledwie dwie polskie książki. Po „Pióropusz” Mariana Pilota sięgnąłem bo chętnie spotykam się  z lubianą przeze mnie tematyką wiejską, jednak tym razem nie zostałem powalony, tak jak to bywało podczas wcześniejszych spotkań z Tadeuszem Nowakiem. Drugą, bardzo polską lekturą, była książka „Rzeczy - Iwaszkiewicz intymnie”, niezła podróż krętymi ścieżkami Iwaszkiewicza, który bywało, że nie miał sobie równych, a mimo to… generował sprzeczności i wędrował po meandrach, z których składa się życie, nie tak proste jak chcieliby tego politycy w swoich prymitywnych narracjach. Zawiodła mnie „Ucieczka z Raju – Lew Tołstoj”. Kobylasta opowieść o wielkim rosyjskim pisarzu i myślicielu, okrzyknięta w Rosji arcydziełem, raziła mnie stronniczością i uczynieniem z Tołstoja czegoś na wzór kukły, inteligentnej ale jednak kukły. Zatem zaczynamy od początku. Miłych lektur 2016 roku, może to być rok, w którym wyjątkowo warto udać się w inne światy.