poniedziałek, 21 września 2015

Strachy na Lachy


Nie będzie to tekst o zespole muzycznym mojego kolegi Krzysztofa „Grabarza” Grabowskiego. Będzie o strachu dosłownym, prowadzącym do podłych reakcji. Polskie społeczeństwo obciążone jest genetycznie strachem przed wszystkim co obce.  Płacimy za to swoim zbiorowym wizerunkiem. Za cenę małej stabilizacji część rodaków gotowa jest wyzbyć się przyzwoitości, a hasło społecznej solidarności nie tyle wyrzucić ze swojego słownika co stosować je koniunkturalnie. Póki co na szczęście zasada ta zapisana jest w większości europejskich konstytucji, także w polskiej. Wielu chciałoby dzisiaj o tym zapomnieć, woląc nie używać tak niebezpiecznych słów jak solidarność, chyba, że w takim kontekście, który przynosi im określone korzyści. Tyle, że to nie ma już nic wspólnego z jakąkolwiek solidarnością.

Poniekąd jest to zrozumiałe i psychologicznie uzasadnione: Polacy w swojej większości kierują się strachem, po kolejnych klęskach w pokoleniowych bojach o niepodległość. Jedną z moich ulubionych opracowań historycznych jest książka Jeana Delumeau „Strach w kulturze Zachodu”, stąd moje, w tej kwestii, wyczulenie. Rzecz dotyczyła strachu na przełomie epok, w Europie zaczynały się nowe czasy. Bano się agentów szatana: potworów zamieszkujących dalekie strony, Żydów, a nawet kobiet oskarżanych o niecne diabelskie praktyki. Od tego czasu Europa zmieniła się nieodwracalnie. Tymczasem my w trakcie zaborów i powstań nie tylko wyrobiliśmy w sobie ponadprzeciętną troskę o niepodległość, ale także przywarę dostrzegania zagrożenia w każdym obcym żywiole. Powstania systematycznie kastrowały polski żywioł z najbardziej wartościowych jednostek. Ostatnimi przykładami genetycznej degradacji narodu były zbrodnia katyńska, powstanie warszawskie, i masowa emigracja w latach komunizmu. Kształcąc nowe elity na miarę aspiracji Polaków jesteśmy na dobrej drodze, niemniej do celu jeszcze dość daleko. Jestem dobrej myśli,  kibolska wizja świata, podzielana przez część środowisk opiniotwórczych i politycznych, nie będzie tą dominującą.


Dwieście lat straszenia obcymi potrzebuje najmniej stu lat nauki  normalnego współistnienia z innymi.

Nie chodzi tu o to by wykazywać się odwagą jadąc do Somalijczyków, nie w tym rzecz by wyzbywać się strachu na pokaz i za wszelką cenę. Nawet milion emigrantów zasilających nasze społeczeństwo to zaledwie niecałe 3 procent ludzi. O czym my mówimy? Aż tacy jesteśmy bojaźliwi i słabi? My Polacy, europejski, silny naród? Zagrożenie widzimy w tak lichych proporcjach? Robimy w portki ze strachu, gotowi schronić się pod skrzydła jakie bądź: kiboli na stadionie, albo w kruchcie i to w samym jej kącie, żeby nie widzieli zwolennicy Papieża Franciszka. Ten ostatni dla niektórych jakby przestał być „nasz”, widać jak łatwo odstępują od głoszonego dogmatu papieskiej nieomylności niedawni „papiści”. Jako agnostyk (jednak nie ateista), powinienem mieć satysfakcję. Niestety nie mam, patrzę za to z zaciekawieniem próbując zdiagnozować podobne zachowania.

Jan Stanisław Bystroń autor wiekopomnego dla polskiej tożsamości dzieła „ Dzieje obyczajów w dawnej Polsce” już przed drugą wojną diagnozował podobne postawy Polaków.  Napisana przez niego „Megalomania narodowa” krytykowana była w czasach PRL-u, dzisiaj wzbudzałaby zapewne podobne reakcje. Czarni, ślepi, brudasy, śmierdziele, ludożercy, czarownicy –  najwyższy czas przestać wierzyć w brednie i nie bać się innych.

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz