wtorek, 6 września 2016

Władek Wronowski - Terka, Bieszczady

Nazywam się Władysław Wronowski, mieszkam w Terce na samym końcu wsi pod numerem 65. Mój dom zacząłem budować w 1959 roku, a skończyłem w 1962. Urodziłem się w Zawozie,  w 1925 roku, kiedy mówię te słowa, 5 września 2016 roku, mam 92 lata. Moi rodzice Michał i Katarzyna Wronowscy mieli przed drugą wojną gospodarstwo w Zawozie, dziś jest to wieś na południowym krańcu Zalewu Solińskiego, w tamtych czasach sąsiadowała z zalaną w latach sześćdziesiątych wioską Solina.
We wrześniu 1939 roku Niemcy i Rosjanie ustanowili nową granicę między Rzeszą Niemiecką a Związkiem Radzieckim. Przebiegała ona w Bieszczadach na rzece San tuż obok nas. My znaleźliśmy się po stronie Niemieckiej. W styczniu 1940 roku skończyłem 15 lat, wówczas ukraińska policja wskazała mnie Niemcom jako Polaka, dostałem się do transportu w głąb Niemiec, wywieziono mnie tam „na roboty”. Koleją zawieziono nas do Wiednia, tam ustawili nas w szeregu. Niemiecki oficer rozdzielił szereg na pół, ci z lewej mieli pozostać w Austrii a prawa strona, w której ja się znalazłem miała jechać do pracy w Niemczech. Tak trafiłem w Sudetenland do Oberdonau, konkretnie do wioski Steblin poczta Frieberg, dzisiaj jest to po czeskiej stronie Sudetów. Przez całą wojnę pracowałem jako niewolnik u bauera. Dopiero w maju, tuż przed kapitulacją Niemiec, tereny te wyzwolili Amerykanie. Obiecali mi i moim kolegom, że zabiorą nas do Ameryki. Nic z tego nie wyszło. Nagle 1 czerwca 1945 roku Amerykanie zniknęli, jakby wyparowali, na ich miejsce pojawiła się czeska policja w cywilnych ubraniach, tylko z czerwonymi przepaskami. Czesi odwieźli nas do ruskiego wojska. Wiedzieliśmy, że nie wolno nam się przyznać, że wojnę spędziliśmy u bauera, takich Ruski od razu wywozili w głąb Syberii. Tłumaczyliśmy im że byliśmy w obozie jenieckim. Ruskie zawieźli nas do Oświęcimia i umieścili w barakach po świeżo wyzwolonym obozie Auschwitz. Tam przesłuchiwali nas cztery dni, a potem oddali w ręce Polaków. Ci nie byli lepsi, przesłuchiwali bardzo ostro. Ostatecznie wypisali mi zaświadczenie ważne dwa tygodnie. W tym czasie miałem odnaleźć rodzinę, dali mi też sto złotych na żywność. Dojechałem koleją do Sanoka, a stamtąd pieszo poszedłem do Zawozu. Znów trafiłem na wojnę, tym razem między Polakami a Ukraińcami. Od nas z Zawozu piętnastu chłopaków poszło do partyzantów Bandery. Nikt z polskich sąsiadów nie wskazał ich rodzin wojsku. Pierwsze spotkanie z Banderowcami miałem już w domu, pamiętam, że spodobał im się mój czerwony pasek i mi go zabrali, to nie była wielka strata.
W marcu 1947 w Jabłonkach zabili generała. Zrobiły to sotnie Chrynia i Bira. Po akcji wszyscy oni ukryli się w moim rodzinnym Zawozie. Na polskie rodziny padł strach, wieczorem tego dnia jak przyszli do wioski rozeszła się wieść, że skończą z Polakami. Miejscowi Ukraińcy  powiedzieli to memu ojcu, wszyscy żeśmy opuścili domy i pochowali się u ukraińskich sąsiadów. Jeden z nich, Wasyl Kopczak, którego syn Nykoła był ważnym człowiekiem w ukraińskiej bojówce, powiedział banderowcom, że zanim zabijecie naszych Polaków najpierw musicie pozabijać nas. Pomagało nam wielu ukraińskich sąsiadów, nie pamiętam już wszystkich nazwisk, był to Wasyl Dub, Nikoła Matym ( a może Macym ?) i inni. Następnego dnia ojciec kazał mi iść do Polaków mieszkających pod lasem, abym sprawdził czy żyją. Już na drodze zauważyłem czterech banderowców, oni mnie też. Nie było wyjścia trzeba było iść, czapka uniosła mi się ze strachu na głowie. Pomyślałem trudno, jak ma być śmierć to niech będzie. Podszedłem do nich i powiedziałem „Sława Jezu Christu” odpowiedzieli „Sława”, stojąca niedaleko Ukrainka powiedziała im, że jestem Polakiem. Teraz powiem coś bardzo ważnego, wierzyć mi się nie chciało ale jednym z nich był sam Chryń. To właśnie on wysoki i przystojny mężczyzna zagadnął do mnie: „Słuchaj polaczku wczoraj zastrelili my pierwą rybku w Polsce” – tak powiedział o generale. Pozwolili mi iść dalej. Doszedłem do polskiej zagrody. Wszyscy żyli, ale dom cały był zajęty przez banderowców. W Zawozie było 15 polskich rodzin dzięki naszym sąsiadom wszystkie przeżyły wojnę.  Ukraińcy mieli chyba niezły wywiad w polskim wojsku, może wiedzieli, że my nie wskazywali rodzin banderowców?

Po zabójstwie generała przysłali w Bieszczady dwie dywizje wojska. Dowodził nimi młody oficer Wojciech Jaruzelski. Pierwsza dywizja wysiedlała Ukrainców, jechali w olsztyńskie, do Szczecina i pod Wrocław. Druga dywizja szła i zostawiała po sobie spaloną ziemię. Popalono wszystkie ukraińskie gospodarstwa, tak przestały istnieć sąsiednie wioski Studenne, Tworylne, Krywe i inne. W 1947 roku poznałem swoją żonę Rozalię zmarła w 2013 roku. Ona pochodziła z Terki, jej dom spłonął w czasie walk z banderowcami. Banderowcy nie chcieli, aby stacjonowali w nim Polacy. Mieszkaliśmy w Zawozie, a w 1959 roku zaczęliśmy budować dom na ziemi żony. Zabrałem tam swoich rodziców. Wychowaliśmy pięcioro dzieci. W Zawozie został brat. Nie mieszkałem w Terce w trakcie strasznych wydarzeń z 8 lipca 1946 roku. Po wysiedleniu Ukraińców niedobitki banderowców pojawiali się jeszcze przez rok, czasem przychodzili po jedzenie, ale nikt już nie zginął.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza