czwartek, 23 kwietnia 2015

Barbie w Ugandzie


Kiedyś pokazywałem już część tych, jak je nazwałem, osobistych zdjęć. Osobistych z punktu widzenia plastikowej Barbie. Podczas jednej z wizyt w Ugandzie, mój towarzysz podróży, Robert, wpadł na pomysł, aby sfotografować ciemnoskórą Lalkę w afrykańskich krajobrazach.
 
 
W sklepie z zabawkami kupił plażowo ubraną laleczkę i spakował ją do swojego bagażu. Szybko sami ulegliśmy wykreowanemu przez nas oryginalnemu scenariuszowi. Po kilku dniach zaczęliśmy traktować naszą Barbie, niczym symbol – jej los nie był dla nas obojętny. Współczuliśmy jej trudnemu dzieciństwu, na szczęście los okazał się dla niej łaskawszy niż dla wielu innych tutejszych dzieciaków. Zaczęła odgrywać w naszych oczach turystkę szukającą swoich korzeni. W naszej wyobraźnie była jedną z dziewczynek uprowadzonych przez LRA, po ocaleniu została adoptowana przez zamożną amerykańską rodzinę….., ot taka mało oryginalna historyjka. Oryginalna była za to jej podróż do kraju. Spotykała się z rodziną, odnalazła siostrę, a nawet ojca. Wszystkie te zdarzenia utrwalałem na zdjęciach. Ostatecznie została w Afryce jako zabawka podarowana przypadkowej dziewczynce.
 
 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pchli targ - świnie w samochodzie



Wyjeżdżając gdziekolwiek, czy blisko czy daleko, niezmiennie szukam miejsc targowych. W zasadzie, oprócz cmentarzy, wszelkie miejsca prostego, najbardziej tradycyjnego sposobu handlowania, są dla mnie absolutnie ważne. Najwięcej mówią mi o ludziach mieszkających w miasteczku czy wiosce. Od razu wiem co lubią jeść, czy zbierają grzyby, a może zioła lub kwiaty, na czym się dobrze znają a na czym mniej. Wreszcie jakie mają gusty co do osobistego stroju, a także wystroju otoczenia. Uwielbiam przyglądać się wszelkim sprzedawanym na jarmarkach landszaftom i kiczowatym figurkom.

 
Z takich miejsc, bazarów, jarmarków, targów, nigdy nie wychodzę z pustymi rękoma. Czasem wynoszę z nich perełki, takie jak owe świnie w samochodzie. Mała porcelanowa figurka przez lata służyła komuś za popielniczkę. Gdy ją kupowałem, była strasznie brudna. Na szczęście nie miała żadnego uszczerbku, a nieco wytarta farba na świńskich ryjkach i uszach dodała jej tylko uroku. Sprzedający nie przywiązywał do tego kawałka porcelany wielkiego znaczenia i bez żadnych wątpliwości pozbył się go za równowartość dwóch złotych(!) Tym sposobem nabyłem dość rzadką porcelankę pochodzącą z pewnej niemieckiej manufaktury, datowaną na około 1910 rok. Figurka, w tamtym czasie była dość popularna, stanowiła satyrę na automobilistów. Łatwo sobie wyobrazić, że w 1910 roku mało kto mógł sobie pozwolić na automobil. Z takiego przywileju korzystali tylko bardzo bogaci ludzie, przez autora figurki sportretowani jako świnie – czyli zwierzęta z marną reputacją. Pewnie mógłbym ją sprzedać kolekcjonerowi za kilkaset złotych, niestety sam zbieram przeróżne dziwne rzeczy, a świnie w samochodzie absolutnie do nich się zaliczają.  Na marginesie - terminu „samochód”, w 1910 roku, jeszcze nie znano. Słowo to utrwaliło się w Polsce dopiero w okresie międzywojennym, zresztą był to jeden z ówczesnych przejawów dbałości o język polski. Wybrano je w wyniku konkursu, by zastąpiło niepolsko brzmiący „automobil”. Takie to były czasy.  

wtorek, 7 kwietnia 2015

Przeczytanie podania robi różnicę


Mój znajomy lekarz z Niemiec tworzy kalambury i rebusy. Oglądając w święta transmisje z lig angielskiej i włoskiej postanowiłem pójść w jego ślady. Przyszedł mi do głowy pomysł skondensowania mowy komentatorów piłkarskich. Częściowe rozwikłanie powstałej dzięki temu zagadki lingwistycznej nastąpi po kliknięciu na zdjęcie sympatyków Lazio. Sympatycy Lazio, to wcale nie badacze Imperium Romanum.


 X jest nowym nabytkiem* w drużynie Y. Od czasu przyjścia do zespołu robi prawdziwą różnicę*. Jak mało kto potrafi przeczytać podanie* i rozklepać obrońców*. Wiele zawdzięcza swojej szybszej nodze* i dobrze ułożonej lewej stopie*. Posiada rzadką umiejętność doskonałego sklejania piłki* i natychmiastowego oddawania zaskakujących strzałów z krótkiej nogi*, niemal spod kolana*. Dzięki temu często otwiera wyniki* spotkań. Niestety zdarza się, że udaremnia mu to sędzia odsyłając go do szatni* za niesportowe gesty* pod adresem sympatyków przeciwnika*.

 
SŁOWNIK

 Nowy nabytek.
Piłkarz pozyskany w letnim lub zimowym okienku transferowym*

 Robić różnicę.
To oczywiście sposób gry piłkarzy o ścisłych umysłach. Różnicę może robić wyłącznie piłkarz o uzdolnieniach matematycznych. Rzecz sprowadza się bowiem do wyniku odejmowania.

 Przeczytać podanie.
Nieodmiennie kojarzy mi się to z piłkarzem intelektualistą. Porusza się on po boisku z „Przewodnikiem do gry w piłkę nożną”. Kiedy widzi zaskakujące podanie, znajduje odpowiedni fragment w książce opisujący kto i kiedy już tak zagrał oraz jakie były konsekwencje zagrania. Podobnie czynią szachiści analizując ruchy i pozycje przeciwnika z dawno rozegranych partii.

 Rozklepać obrońców.
Konotacje tego sformułowania są dwojakiego rodzaju. Po pierwsze kulinarne – chodzi o prosty deser zwanym kogel-mogel, aby go otrzymać rozklepuje się jajka z cukrem. Po drugie fizykoterapeutyczne - technika masażu przywracającego pełną sprawność mięśni po wzmożonym wysiłku fizycznym. W tym przypadku właściwa jest konotacja pierwsza.  

 Szybsza noga.
Proszę sobie wyobrazić tragedię  człowieka, mającego jedną nogę szybką a drugą bardzo wolną. Jak on się porusza? Wyłącznie wokół własnej osi!

 Dobrze ułożona stopa.
Normalny człowiek dopasowuje stopę do buta. Piłkarz odwrotnie, tu obowiązuje zasada dopasowywania butów do różnych rodzajów stóp. Ważne aby buty były w gustownych kolorach, najlepiej złotym lub różowym.

 Skleić piłkę
To oczywista oczywistość. Piłkarz musi wykonać proste zadanie manualne polegające na sklejeniu - za pomocą kleju, kilku łatek i wentyla - piłki (zwanej też czasem futbolówką), bez której grać w football po prostu się nie da.

 Strzelić z krótkiej nogi (spod kolana).
Termin westernowo - kryminalny. Zaskakujący strzał, niby z protezy, która w rzeczywistości jest bronią palną. Strzał spod kolana to kopnięcie piłki wykonane za pomocą nogi, wyłącznie jej częścią poniżej kości udowej.

 Otworzyć wynik.
Wynik z reguły zamknięty jest w puszcze, na wzór puszki Pandory. Gdy się ją otworzy wyskakują jedna, a po niej następne bramki.

 Odesłać do szatni.
W podobnym przypadku arbiter wzywa firmę kurierską, pakuje delikwenta do paczki i odsyła pod wyżej wymieniony adres.

 Niesportowe gesty.
Są to gesty z reguły wykonywane rękoma, będące skrajnie odmienne od gestów sportowych. Towarzyszy im często dramatyczna mimika twarzy.

 Okienko transferowe.
Okno przez które wchodzą i wychodzą piłkarze. Obyczaj ten kultywowany jest dwa razy w roku, w ferie letnie lub zimowe.

 Sympatycy przeciwnika.
Na pierwszy rzut oka miła, rozśpiewana, kompania kibiców sportowych, ograniczających swoje zainteresowanie sportem wyłącznie do jednej drużyny grającej w koszulkach o określonych barwach, które u innych kibiców wywołują odruchy niekontrolowanej agresji. Dzięki temu owi sympatycy, wbrew nazwie, nie dla wszystkich bywają sympatyczni.

piątek, 3 kwietnia 2015

Wielkanoc z Janiną Kłopocką


Polichromie Kłopockiej są znakomitą ilustracją polskich świąt i obyczajów, w tym tych związanych z wiosną i Wielkanocą. Ich reprodukcje można zobaczyć w książce „Dom WielkoPolski”. Bibliofilsko wydana publikacja powstała dzięki pomocy Marszałka Województwa Wielkopolskiego

 


Dojeżdżając do Zakrzewa, zakręt za zakrętem, mijałem położone na północnych rubieżach województwa wielkopolskiego, krajeńskie wioski. Krajna to ziemia na skraju, tu kiedyś kończyła się Polska. Analogicznie patrząc z drugiej, zachodniej strony, kończyły się tu Niemcy. Jakże kusi poprowadzenie etymologicznej wycieczki w stronę odległej Ukrainy. Za kierownicą niemieckiego auta siedział znakomity poznański fotografik Andrzej Grabowski, to on namówił mnie do napisania opowiadania. Inspiracją miały być wykonane przez niego fotografie Roku Obrzędowego, cyklu obrazów zrealizowanych w 1937 roku, przez Janinę Kłopocką, w Domu Polskim w Zakrzewie. Odtąd miałem spory kłopot z Kłopocką. Świadomie postanowiłem abstrahować od dokumentowania losów artystki. Pogmatwane losy autorki Znaku Rodła pozostawiam dociekliwości historyków.  Patrząc na obrazy, starałem się dostrzec ślady bliskie ideom Zadrugi. Ponoć za sprzyjanie temu antyklerykalnemu, neopogańskiemu ruchowi komuniści aresztowali po wojnie Janinę Kłopocką. Ona sama musiałaby nam opowiedzieć, jak było naprawdę. Nie miałem prawa oceniać jej życiowych wyborów, dodawać do nich niczego, ponad to, co wyczytałem z zakrzewskich obrazów. Łatwo o nadinterpretację i grzech nadużycia. Przyjrzałem się utrwalonym na ścianach Domu obyczajom. Z ascetycznych kolorów spływa spokój. Choć to malowane na tynku freski, widać drzeworytniczy zmysł artystki, wyuczony w pracowni Władysława Skoczylasa. Harmonię pomiędzy ludźmi a naturą oddawała duchowa prostota obrazów. Symbioza piękna z dobrem i malarska dyscyplina dały klarowną kompozycję. Wszystko niczym u miejscowych kucharek, w ich sztuce gotowania potraw smacznych, wyważonych i pożywnych.
 
 
 
Tylko tak powinniśmy dziś opowiadać o Janinie Kłopockiej, nie znamy wszak, skądinąd jak tylko z książek, komplikacji świata, w którym powstała jej najsłynniejsza malarska praca. Świadectwa, nawet pozornie rzetelne, bywają złudne. Świat jest pełen niuansów, których nie uświadczymy w dokumentach, brak ich nawet w subiektywnych relacjach świadków. Historia to zaledwie sztuka spekulacji. Nie da się jej zbadać szkiełkiem i okiem, zmierzyć i opisać wedle z góry ustalonych wzorów. Opisywanie dziejów zawiera w sobie coś, czego przewidzieć się nie da, a co w decydujący sposób wpływa na ich bieg – to niedające się żadną miarą przewidzieć ludzkie emocje.


 

 

poniedziałek, 30 marca 2015

Loftus Hall - dom w którym straszy


Loftus Hall – dom w którym straszy

Ostatnia reminiscencja z Irlandii dotyczyć będzie najstraszniejszego w tym kraju domu. To do niego, jak głosi legenda, podczas burzy wpuszczono i pozwolono usiąść do stołu rozbitkowi. Morze obmywa półwysep, na którym wzniesiono Loftus Hall. W linii prostej odległość do linii brzegowej nie przekracza stu metrów, stąd wizyta rozbitka nie była jeszcze niczym nadzwyczajnym. Sprawy przybrały inny obrót gdy podczas gry w karty młoda gospodyni pochylając się po upadłą kartę zauważyła, że przybysz zamiast stopy ma kopyto - powiało grozą. Przerażona kobieta krzyknęła, a zdemaskowany przybysz umknął przez dach, pozostawiając po sobie zapach siarki i dziwne opary. Dziewczyna, Anna Tottenham, zamknęła się w wielkim pokoju obwieszonym gobelinami i pośród nich postradała zmysły. W 1775 roku znaleziono ją zwiniętą niczym embrion. Tak ją pochowano na pobliskim cmentarzu, ciała nie dało się bowiem wyprostować. Oczywiście jej duch do dzisiaj zamieszkuje dom. W 1871 roku stary Loftus Hall zburzono, przez co na chwile zaradzono odwiedzinom byłej dziedziczki.


Właściciel gruntu wybudował nowy dom. Mieszkańcy nazwali go podobnie - Loftus Hall. Bardzo szybko lokatorzy zaczęli widywać na schodach ducha kobiety. Mimo braku inwentarza, rżenie koni i muczenie krów towarzyszyło im każdej nocy. W 1965 roku w Loftus Hall uderzył piorun. Dom jak wcześniej, znów miał dziurę w dachu. Wystawiony na sprzedaż został, w 2008 roku, kupiony przez Bono wokalistę U2. Bono nie cieszył się zbyt długo nowym nabytkiem. Nie wiedzieć czemu szybko sprzedał go anonimowemu nabywcy. Ten ogrodził teren i pozostawił zabite deskami okna…

 

 
 
Przy odrobinie szczęścia można wejść do wnętrza Loftus Hall, korzystając z zaproszenia pamiętajmy jednak, że to najstraszniejszy dom w Irlandii. Zrobiłem Loftus Hall kilka zdjęć. Przy pięknym bezchmurnym niebie na jednym z nich coś nie zagrało. Widać to lepiej gdy dodałem kontrastu i nasyciłem fotografię kolorami.
 

piątek, 20 marca 2015

Całkowite zaćmienia


      Całkowite zaćmienie. Termin bardzo wieloznaczny. W sztuce; od poezji Baudelaire’a po muzykę Pink Floyd. W życiu; od miłosnego zaślepienia po narkotyczne odurzenie.  W tym przypadku proszę aby „Eclipse” potraktować bardzo dosłownie. Zdjęcie zrobiłem w Irlandii, na plaży Courtown, w hrabstwie Wexford, 20 marca 2015, o godzinie 9.28 rano. Słońce zostało przesłonięte w ponad 90 procentach.

wtorek, 17 marca 2015

Custard Pie na Świętego Patryka


 
    Ciastko z kremem temu kto wie o czym śpiewali Led Zeppelin w utworze „Custard Pie”. Dla przypomnienia napiszę, że to pierwszy kawałek z albumu „Physical Graffiti”. Właśnie jako „Ciastko z kremem” tłumaczono na polski tytuł piosenki z 1976 roku. Tylko co to za krem ów Custard? Chodzi raczej o słodki sos z mleka i jajek, z dodatkiem wanilii. Wynalazek typowo wyspiarski. Irlandczycy twierdzą, że irlandzki. Historycy smaków ustalili, że właściwości wiążące jajek, jako pierwsi pojęli starożytni Rzymianie. Wszystko co nastąpiło później to już tylko niuanse dotyczące konsystencji i aromatów jajecznej zawiesiny. Nie będę tropił tych kulinarnych śladów. Piszę w Irlandii, w dzień licznych ulicznych parad z okazji dnia Świętego Patryka, patrona Zielonej Wyspy. Wieczorem, przy piwie i whiskey, Irlandczycy zajadają słodkie ciasto polane sosem „custard”. Zdecydowanie nie kremem, lecz sosem. O czym zapewniam polewając nim kolejny kawałek owocowej tarty.