czwartek, 12 marca 2015

Jakub Soroko contra Joseph Kony



W miniony weekend odwiedził mnie Jakub Soroko z Giżycka. Na co dzień studiuje Handel Zagraniczny w Białymstoku. Jakub jest ambasadorem organizacji Invisible Children. Wraz z nią dąży do powstrzymania najdłuższej wojny w historii Afryki rozpoczętej w północnej Ugandzie przez Josepha Kony. Dzisiaj – jak mówi – wojna na szczęście wygasa, pozostają jej ofiary, które w obozach w okolicach Gulu przywraca się społeczeństwu – dzieci wcielone przymusem w szeregi LRA. Przez lata zmuszane do bestialskich morderstw, przeżywały dramat utraty domu, rodziców krewnych i przyjaciół, często mordowanych na ich oczach. Przyjechał z drugiego końca Polski, aby porozmawiać o Ugandzie. Jakub był już w Gulu na północy Ugandy. Ma tam przyjaciół, między nimi także ofiary wojny. We wrześniu wybiera się do Ugandy ponownie, może osiądzie tam na dłużej. Ma cel, który konsekwentnie realizuje, a w którym można mu pomóc. Warto obejrzeć którykolwiek z filmów zamieszczonych w Internecie przez fundację Invisible Children. Na całym świecie obejrzało je miliony ludzi. Film „Kony 2012” miał na portalu You Tube ponad sto milionów odsłon!


 

Joseph Kony od lat terroryzuje pogranicze ugandyjsko - sudańsko -kongijskie. Drogę do piekła usianą trupami i ludzkim nieszczęściem rozpoczął w 1989 roku. Jego Armia Bożego Oporu pustoszyła północną Ugandę. Nie posiadał spójnego programu, jego ideologię stanowiła mieszanina wierzeń chrześcijańskich i starych afrykańskich animistycznych kultów. Sam Kony pełni bardziej rolę proroka niż przywódcy politycznego. Jego żądania ograniczają się, jak mówi, do pragnienia ustanowienia w Ugandzie rządu kierującego się dziesięcioma przykazaniami bożymi. Walka LRA prowadzona jest pod znakiem masowych zbrodni na miejscowej ludności. W wyniku dotychczasowych działań zbrojnych zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, a około dwa miliony innych musiało uciekać ze swych domów. Cechą działalności Armii Bożego Pokoju jest masowe wykorzystywanie  dzieci - żołnierzy. Przymusem wcielane w szeregi partyzantki stanowią około 80 procent jej stanu bojowego. Ta psychopatyczna armia prowadzi swoje działania nie tylko na terenie Ugandy, również w południowym Sudanie, Republice Środkowoafrykańskiej i w północnych rejonach Kongo. Dysponuje wieloma bazami szkoleniowymi i kryjówkami. W sierpniu 2006 roku strony konfliktu rozpoczęły negocjacje nad ostatecznym  porozumieniem pokojowym. Uroczyste podpisanie układu pomiędzy przedstawicielami rządu, a rebeliantami miało się odbyć, po wielomiesięcznych trudnych rozmowach, w sudańskim mieście Dżuba. Joseph Kony nie pojawił się na uroczystości mimo wcześniejszych zapowiedzi jego wysłanników. Głównym punktem spornym cały czas pozostaje wystawiony przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości nakaz aresztowania Kony’ego. Rebeliancki przywódca wielokrotnie powtarzał, że nie zgadza się na zawarcie porozumienia dopóki Międzynarodowy Trybunał  w Hadze nie wycofa wystawionego za nim nakazu aresztowania. Joseph Kony był pierwszym człowiekiem za którym Trybunał w Hadze wystawił list gończy.
 
 

 

poniedziałek, 9 marca 2015

Świniobicie przy drodze

    Pod koniec zimy, na przednówku, zaczynam tęsknić za smakami  jesieni, kiedy to trwała prawdziwa rzeź jagniąt, baranów i owiec a na ulicach zalegały zielone hałdy arbuzów. Wówczas nie tylko na targu w Sibiu, ale także na straganach wzdłuż dróg można kupić pastramę - zakonserwowaną rozmaitymi ziołami, wcieranymi w surowe mięso, baraninę. Kawałki takiej podsuszonej półtuszy  stanowią znakomity podkład pod miejscową palinkę.




Kiedyś grudniową porą,  w drodze do Bacau, zatrzymałem samochód w jednej z wiosek, aby fotografować sceny masowego świniobicia, natychmiast zostałem zaproszony do niemal rytualnej, uczty. Krew lała się z podciętych świńskich tętnic, można ją było spróbować, maczając w niej kromkę chleba z majerankiem. Jeden z gospodarzy oprawiających świnię - opalając  karbidową lampą świńską szczecinę - poczuł się w obowiązku poczęstować turystę. Wyjął z kieszeni wojskowych spodni nóż, sprawnie wyciął kawałek świńskiej skóry, z jeszcze gorącym od palnika tłuszczem, posolił obficie i zaczął zajadać, zachwalając, jak pożywna to przekąska. Następny kawałek przeznaczony był już dla mnie. Nie wiem czy myślałem o epidemii włośnicy, kiedy pierwszy kęs galaretowatego, przezroczystego, ciepłego świńskiego sadła znalazł się w moich ustach. Zastanawiałem się za to na pewno czy ciepło  pochodziło od opalanej palnikiem skóry, czy, co równie prawdopodobne, było ostatnim wspomnieniem życia, jakie do niedawna tkwiło, w rozłożonych tuż przy rowie, świńskich zwłokach. Wkrótce świnię powieszono łbem w dół, na drewnianym rusztowaniu. Rozpruto jej brzuch i wyciągnięto z niego parującą plątaninę kiszek i podrobów. W  opróżnionych kiszkach za chwilę zagoszczą krwiste kaszaki, wątrobianka z wątroby, której do końca nie dano ostygnąć i rozmaite kiełbasy. Te ostatnie specjały gotowe będą dopiero następnego dnia nad ranem, kiedy po obficie zakrapianej palinką rzeźnickiej pracy, będzie się je zaparzać w kotłach i kadziach – znak że idą święta!

poniedziałek, 2 marca 2015

Roman Vishniac i Leśni Żydzi


Wybitny fotograf Roman Vishniac podróżował w latach trzydziestych dwudziestego wieku po całej Środkowej Europie, dokumentując na kliszach kodaka świat przed zagładą. Vishniac przeczytał „Mein Kampf” Hitlera i zrozumiał z tej anty-książki więcej niż jego bracia w wierze. Ci ostatni nie chcieli zresztą czytać kolejnego jak sobie wyobrażali, paszkwilu. Wędrujący z aparatem Vischniac wiedział, że zbliża się katastrofa, która zmiecie z powierzchni Ziemi Jidiszeland. Efektem jego podróży stał się między innymi album „Vanisched Word”. Zetknąłem się z tą książką (wydaną po raz pierwszy w 1983 roku w  Nowym Jorku w wydawnictwie Farrar, Straus and Giroux), mniej więcej pół wieku po tym, kiedy wykonano reprodukowane w niej fotografie. Sporych rozmiarów książka stała między innymi woluminami na jednej z półek w czytelni Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Od pierwszego kontaktu zaczarowała mnie tak bardzo, że postanowiłem ją zdobyć za wszelką cenę. W Polsce lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia zakup takiego wydawnictwa nie był zadaniem łatwym a może wręcz niemożliwym. Internet, jeśli istniał, to tylko w powieściach science fiction. Wszelkie wydawnictwa z zachodu trafiały do Polski w sposób szczególnie reglamentowany.  Stąd kupiłem ją dopiero po kilku latach w jednym z paryskich antykwariatów.

 

 
Vishniac dotarł we wschodnie Karpaty, gdzie odkrył żydowską wieś Vrchni Apsza. Według niego założyli ją Żydzi uciekający przed krwawymi pogromami w czasach powstania Chmielnickiego. Prawie trzysta lat żyli tam nie kontaktując się ze światem. Prawowierni chasydzi protestowali często w obliczu aparatu fotograficznego. We wsi Apsza byli wobec obiektywu bezwolni i obojętni. Nie protestowali z prostej przyczyny - nie wiedzieli czym jest i do czego służy aparat fotograficzny. Wieś przed drugą wojną światową położona była w granicach Czechosłowacji, dzisiaj zwie się Vodycia i znaleźć ją można w najbardziej odludnej części ukraińskich Karpat. Oczywiście już bez żydowskich mieszkańców.

Nie znał tej wioski zaprzyjaźniony z Żydowskimi sąsiadami Stanisław Vincenz. Pisarz mieszkał w tym czasie po drugiej stronie przedwojennej granicy - w Polsce i choć w swojej twórczości sporo miejsca poświęcał chasydzkiej tradycji, jego doświadczenie z Leśnymi Żydami stanowi już tylko dopowiedzenia legendy. Trzeba jednak o nim wspomnieć, choćby ze względu na Funta, Żyda mieszkającego samotnie nad górnym Czeremoszem. On to wytłumaczył Vincenzowi, podczas przypadkowego spotkania w 1910 roku,  kim naprawdę są Leśni Żydzi:
      „Leśny Żyd, proszę was moi panicze, to taki, któremu nazwisko Rotszyld  mówi mało, a za pozwoleniem nic. A nazwisko Nykoła Hałamasiuk, syn Jury - to bardzo dużo, to wszystko. Bo pan Rotszyld jest Dacz, a Hałamasiuk jest swój i sąsiad. Od niego właśnie kupiłem krowę. Co za krowa! Co dnia gadamy z nią i ona z nami także.”
     Tymi słowy Vincenz opisał spotkanie z Funtem w ostatniej części „Na wysokiej połoninie” zatytułowanej: „Barwinkowy wianek”.


 
      Leśny Żyd w swej samotni myślał nad tym, aby wszystkie góry stały się jedną wielką górą, aby wszystkie drzewa stały się jednym wielkim drzewem rosnącym na tej wielkiej górze, aby wszystkie siekiery stały się jedną wielką siekierą i aby wziął tę olbrzymią siekierę potężny człowiek, który powstałby z połączenia wszystkich ludzi i żeby ściął to jedyne wielkie drzewo rosnące na jedynej górze, i aby to drzewo spadło do wielkiej rzeki powstałej z wszystkich połączonych rzek. Ta rzeka opływałaby górę z drzewem i człowiekiem z siekierą. Kiedy to drzewo spadłoby do rzeki, powstałby niewyobrażalny plusk, niemal kosmiczny dźwięk. Byłby on tak olbrzymi i niesamowity, że leśny Żyd mógłby się w niego wsłuchiwać w samotności przez całą jesień i zimę.
 

sobota, 28 lutego 2015

Jemiołuszki z grzankami

      Ptak wielkości szpaka bywa w Polsce gościem zimowym. Wykorzystując obecność sójki, przylatuje na jej spotkanie. Na Syberii tęskno wyglądali za jemiołuszką polscy zesłańcy. Pod koniec lata stada tych ptaków odlatywały, znad syberyjskich bezkresów, kierując się na zimowiska do Polski. Nie można się było zabrać z ptakami inaczej niż w marzeniach.
    Owoce jemioły stanowią zimą, oprócz jagód głogu i tarniny, naturalny pokarm jemiołuszki. Jemioła to według etymologów „ta co chwyta i łapie”, a jemiołuszka to ta, co ją zjada. Chwyta i łapie jemioła inne rośliny - drzewa, na których pasożytuje.
 
 
Jakie korzyści przyjść mogą ze stad jemiołuszek, opisała Kucharka Litewska Wincenta Zawadzka. Zwolennikiem zgromadzonych przez nią przepisów był smakosz i noblista Czesław Miłosz. Zatem jemiołuszki z grzankami:
 
     Kilkanaście jemiołuszek, sól, bułka francuska, 20 deka masła.
„Jemiołuszki równie jak słonki i kwiczoły, nie patroszą się.
Oczyścić jemiołuszki z piór, wymyć, osolić i smażyć w rondlu w roztopionym maśle; skoro gotowe, wyłożyć na przygotowane grzanki z bułek i zalać masłem, w którym się smażyły.
Jemiołuszki mają dużą wątróbkę, chcąc mieć jej obficiej na grzankach, trzeba wyjąć, usiekać i smażyć razem z nimi na maśle; wyłożyć na środek ptaki, a ogarnirować grzankami oblanymi czarnym od wątróbki masłem”.
              
Wszystkim smakoszom życzę pomyślnego odławiania fruwających jemiołuszek. Pamiętajmy, że potem trzeba je zabić we własnych dłoniach. Aby danie warte było przygotowania według starego przepisu, trzeba złapać i uśmiercić co najmniej tuzin ptaszków, zważywszy że jemiołuszka wielkością nie przerasta  szpaka. Można też małe ptaszki piec przez godzinę w piekarniku zawinięte w cienko rozwałkowane ciasto makaronowe. Będą wówczas tak kruche, że zjada się je nawet z kostkami. W podobny sposób można przygotowywać danie nawet z  wróbli. Smacznego.
 

środa, 25 lutego 2015

Byczki w Delcie Dunaju


W delcie Dunaju, najbardziej doskwiera brak… wody. Nikomu nie uda się wybudować tam studni, a o sieci wodociągowej należy zapomnieć. Oczywiście mam na myśli wodę do picia, bo brunatnych wód Dunărea, jak zwą Dunaj Rumuni, jest tam pod dostatkiem. W górę rzeki, wprost z Morza Czarnego, płyną pełnomorskie statki, docierając do portów w Tulczy i Galati. Wyrzucają po drodze wodny balast, wynurzając swe pordzewiałe kadłuby. Wraz ze zbędnym balastem trafiają do wód delty, będącej rezerwatem biosfery, bakterie z całego świata; od Panamy do Tajwanu. To dzięki tym praktykom w dolnym Dunaju rozwinęły się niezwykłe formy życia. Wody delty zamieszkują stwory i potwory, dla których sensownego odniesienia nie znajdziemy nigdzie, nawet w głębokich, zimnych rynnach, jakimi są jeziora Szkocji. To fauna prawdziwie endemiczna. Podobnie rzecz ma się z roślinami. Drobnoustroje powodują coraz to nowe choroby, stąd właśnie atakujące ludność Europy rozmaite frakcje bakterii coli i nowe, odporne na dotychczas znane szczepionki frakcje wirusów grypy.



 W Galati, podwójnego, bo zarówno za życia jak i po śmierci, pecha miał Mazepa, hetman kozacki - stracił w tym mieście wspomniane życie, za to został godnie pochowany. Grób Mazepy ostatecznie splądrowali jednak Turcy, ciało spławiając w wodach Dunaju.
        Brak dostatku wody pitnej nie oznaczał braku ryb. Ich zakup w delcie polegał w naszym przypadku na podpłynięciu łodzią motorową do jednego z od dawna zacumowanych statków. Był blady świt, nad wodą unosiła się wiosenna mgła, przenikliwe zimno docierało do mojej sypialnej kajuty, gdy nagle… łup, łup, łup! Nieprawdopodobny hałas rozdarł ciszę, płosząc ptaki i zrywając ze snu nawet nieboszczyków, unoszonych falami Dunaju do morza. To Fiodor, lub jak ktoś woli inaczej, Teodor, właściciel naszej łodzi, walił młotem w burtę zacumowanego statku. Efekt był natychmiastowy:

- Czego? - rozległo się zapytanie zaspanego ukraińskiego marynarza.

- Ryby są? - zapytał Fiodor.

- A pieniądze są? – Odpowiedź padła w momencie, gdy wzdłuż burty spuszczano już przywiązane do łańcucha wiadro.

Pieniądze powędrowały w wiadrze na pokład statku, po czym tą samą drogą, w tym samym wiadrze, trafiło do nas kilka kilogramów świeżych czarnomorskich śledzi zwanych jak kto woli: „sliotki” lub po prostu „byczki”. Oprawienie ich zajęło Fiodorowi kilka minut, po czym spłukał czerwony od krwi pokład łodzi, chlusnąwszy na niego kilkakrotnie wodą z wiadra. Woda zaczerpnięta na samym końcu przeznaczona została na opłukanie ryb. Śniadanie gotowe, jeszcze tylko sól i szybkie opieczenie ponacinanych w  poprzek śledzi na rozgrzanej nad palnikiem metalowej płycie. Pięć minut i jemy smaczne śledzie, popijając je wodą z zapasów, jakie zawczasu przygotowałem. Tylko Fiodor popijał śniadanie wodą z Dunaju. Czerpał ją do przeciętej w połowie plastikowej butelki. Brązowawa  woda z Dunaju! Nikt z nas tego by nie przeżył! Fakt, że była ona schłodzona poranną bryzą,  stanowił  marną pociechę. Śledzie spożywane w takich warunkach mają smak jedyny, otrzymują bowiem gdzie indziej niedostępną przyprawę - tkwiący we mgle słony posmak pobliskiego morza.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Chwała huculistom


Chwała huculistom - Tatarów 1902 (fragmenty)

 

       Tak się złożyło, że po ukazaniu się książki "Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna" odezwało się do mnie kilka osób, mających sporo do powiedzenia o owym raju wśród gór. Szczególnie miło zabrzmiały dobre słowa skierowane do mnie z Niemiec od sędziwego już syna Stanisława Vincenza - Andrzeja i jego żony Joanny Vincenz. Nie ukrywam, że dodały mi odwagi i pewności siebie. Między ludźmi, wśród których moja książka wzbudziła pozytywne odczucia, była mieszkająca w Nysie malarka Jolanta Tacakiewicz-Lipińska, której wujem był właśnie Władysław Jarocki - kronikarz Huculszczyzny z wyboru, malujący obrazy zainspirowane ludźmi, żyjącymi w karpackiej arkadii. Wśród pamiątek rodzinnych znalazła ona nigdzie nie opublikowane wspomnienia Władysława Jarockiego i kilka magicznych zdjęć z Huculszczyzny z 1902 roku. Jeden z fragmentów wspomnień dotyczył pobytu artysty w Tatarowie nad Prutem.

 Tatarów 1902
Gdy wahałem się, co robić, przygotowany już pobyt w Tatarowie bardzo mi odpowiadał. Było to przede wszystkim w kraju, co miało dużą wagę. Zadecydowałem i pojechałem. I tak zaczęła się moja "era huculska". Towarzyszami jej byli Pautsch i Sichulski. Malowaliśmy razem i nie razem, nazywani huculistami, tym epitetem starano się nieraz dokuczyć.
Raj obiecany, leśniczówka była pięknie położona. Tuż za domem stary szpilkowy las nad górskimi krzakami malin, w lesie siedziba cietrzewi. Przed domem gościniec na Węgry, poza nim zamarznięty Prut z zielonawą przelewającą się wodą w przeręblach. Wieczorem przy księżycu pojawiały się wydry, baraszkujące za rybami. A dalej znowu gęste lasy państwowe, ciągnące się aż na drugi bok wąwozu, dziewicze, nietknięte siekierą, pełne jeleni i różnorakiej zwierzyny. Przeciągały dziki, nocą do stajen dobierały się wilki i lisy do kurników, jak opowiadali Huculi. A nad leśniczówką dwie duże połoniny, wyrąbane w lesie z otwartym widokiem na ciągnące się w dal łańcuchy gór. Na tych połoninach usadowiły się dwa gazdostwa huculskie. Wasyla i Iwana, pijaka, chłopa o długich, opadających na ramiona kudłach. Obydwa te staroświeckie gospodarstwa ze stogami siana, przykrytymi daszkami, z malowniczymi kunsztownie zbudowanymi z żerdzi płotami huculskimi, biegnącymi zygzakami daleko przez połoniny, to był teren naszych studiów malarskich
 ( ... )
Byliśmy zadomowieni. Huculi ci chętnie nam pozowali, gdyż przynosiło im to drobny, ale stały dochód codzienny.
W styczniu i w lutym rozkładał nam gazda długowłosy, barwne łyżniki na ganku chaty od słonecznej strony, na nich zażywaliśmy zasłużonej sjesty po pracy. Wczesną wiosną wpatrywaliśmy się w wiosenne obłoczki i słuchali krzyku ciągnących się wysoko w górze sznurów dzikich gęsi i kaczek. Bezpośrednio nad nami wiódł je coroczny ciąg na północ.
W połowie maja Huculi wypędzili swoje owce i bydło na połoniny rozciągające się na dużej przestrzeni między szczytami Chomiak i Siniak. A my podążaliśmy za nimi.
Zbudowano dla nas piękną kolibę, do której wywiózł nasze graty na objuczonych koniach nasz chłopak do wszystkiego - Iwan. W leśniczówce odległej od koliby o 4 godziny drogi, założyliśmy nasz punkt zaopatrzeniowy, którym zaopiekował się nasz niezawodny, poczciwy leśniczy, dostarczając nam mięso, chleb i inne artykuły. Wzięliśmy też potężną ilość konserw wojskowych, które wydostał Pautsch jako rezerwowy kadet pułku ciężkiej artylerii.
Koliba nasza, jak wszystkie huculskie - ośmioboczna, tym różniąca się od tatrzańskiej, miała wewnątrz przy ścianach wokół ławy, służące nam za legowiska. Były wygodne, gdyż wyścielone rolkowymi materacami, miały pościel i ciepłe koce. Podłoga była wyłożona deskami lekkim spadkiem do środka, w którym było miejsce na ognisko, palące się dzień i noc. Ogień utrzymywał Iwan, zbierając i rąbiąc powalone wiatrem pnie. Było nam ciepło i wygodnie. Koliba nasza zbudowana ze świeżego drewna wyglądała bardzo malowniczo. Przebywaliśmy w niej dwa miesiące. Zaraz na początku zaczęliśmy odwiedzać sąsiadujący z nami poza lasem ogromny "koszar" z kilkunastoma pastuchami, stadami owiec i baranów, liczących pewnie około 2000 sztuk. Początkowo próby nawiązania stosunków szły opornie. O malowaniu tych interesujących motywów nie było mowy. Pastuchy z siekierami w ręku krążyli wokoło zagrody koszara nie pozwalając nam nawet zaglądnąć do wnętrza. Bali się, że spadną na bydło jakieś czary i owce zaczną chorować- "zgłaziat ich pany". Sytuacja stała się napięta. Zawiadomiony leśniczy, nasz opiekun, przyszedł do nich z dwoma "pebereżnikami"(leśniczymi) i wytłumaczył, że tu nie ma, o czym mówić, najjaśniejszy nasz "cisar" nie ma czasu jeździć po wszystkich zakątkach "swego kraju", a chcąc znać wszystkie potrzeby swoich ludów, posyła tych panów "malariw", aby mu dostarczyli obrazy  przedstawiające życie "jeho narodiv" i dlatego nie wolno im przeszkadzać, a jeśli by się ktoś ośmielił  to on "pan liśnyj" postawi swoje straże leśne naokoło połoniny i każe zastrzelić każdą kozę wyrządzającą szkodę w lesie przez obgryzanie szczytów sadzonek. To poskutkowało, Huculi zrozumieli sytuację, wszelkie obawy czarów zniknęły. Zapanowała najzupełniejsza harmonia, tym większa, że mieli u nas zarobki, dostarczając nam co dzień nabiału i otrzymując zapłatę jako modele. A gdy przepędzali swoje stada przez naszą niewielką polankę  zawsze znaleźli u nas poczęstunek, co sobie bardzo cenili.
       Tyle wspomnień Władysława Jarockiego. Dodam, że na równi z Huculszczyzną Jarockiego fascynowały Tatry i Podhale. W 1920 roku poślubił córkę Jana Kasprowicza – Annę. Znana miłośnikom Zakopanego willa Jana Kasprowicza – Harenda była własnością Jarockich, do dziś znajduje się tam kolekcja obrazów Władysława.
 
 
      Cały tekst opublikowany został w książce „Teatralium”, wydanej przez Muzeum Śląskie w Katowicach. Unikatowe zdjęcia wykonane na Huculszczyźnie przez Władysława Jarockiego publikuję dzięki uprzejmości Pani Jolanty Tacakiewicz - Lipińskiej.







 

wtorek, 10 lutego 2015

Kulturalne 27 godzin


Nie ma Kraków konkurencji na kulturalnej mapie Polski. Spędzając tam półtora dnia można nasycić ducha doznaniami niezwykłymi i niedostępnymi w innych miastach. Bliski mi Poznań, wydaje się tu szczególnie blado wypadać, zdarzają się w nim fajerwerki, ale to raczej odstępstwa od reguły. Regułą w Krakowskiej kulturze bywają: nadmiar, przesyt, nasycenie. Półtora dnia w stolicy Małopolski rozpocząłem od wizyty w Bibliotece Czartoryskich , tu troszkę naukowo, odnalazłem Kancjonał Szamotulski wydrukowany na Zamku w Szamotułach, w 1651 roku przez Aleksandra Aujazdeckiego - Jedno z największych „szamotulianów”, na jakie się kiedykolwiek natknąłem. Z biblioteki tylko kawałek drogi na Rynek Główny, do Międzynarodowego Centrum Kultury, zarządza nim pasjonat Galicji profesor Jacek Purchla. To właśnie Galicja jest tematem prezentowanej tam wystawy zatytułowanej nie inaczej jak „Mit Galicji”. Obiad na Brackiej i kawa w Jamie Michalikowej, to rytuały godne popołudnia. Wieczorem, o 19. 15, trzeba już być w Narodowym Teatrze Starym, na kolejnej sztuce wyreżyserowanej przez prawdziwego obrazoburcę za jakiego uchodzi Jan Klata. Reżyser i dyrektor teatru, w jednej osobie, pojawił się osobiście. Tym razem zabrał się za Króla Leara, w zasadzie wymaga to odrębnej relacji, może kiedyś napiszę o rozstawaniu się z władzą według Szekspira. Sztuka zakończyła się po dwudziestej pierwszej, zatem czas na Kazimierz. Na skrzyżowaniu Dietla ze Starowiślną czekał już Piotr Lutyński, a w „Alchemii” reszta znajomych. Trochę Świetlickiego. Dalej wypadało już tylko wspólnie pójść do Pięknego Psa, którym to klubem niezmiennie zarządza Kiwi, postać można rzec elektryczna (właśnie elektryczna, a nie energetyczna czy elektryzująca). Czasy nadeszły takie, że około drugiej należy spocząć.
 
Następnego dnia starczyło sił na obejrzenie wystawy Olgi Boznańskiej w Muzeum Narodowym, dwa piętra wyżej przypomniałem sobie kolejność, w jakiej wiszą obrazy w Galerii Sztuki XX wieku. Znam ją na pamięć. W drodze na autostradę krótka wizyta w MoCaKu. Wszystko zamknęło się w 27 godzinach. Zaczarowany świat.