niedziela, 19 października 2014

Jagiełło i słowik


Nigdy nie zajechałbym do Gródka, gdyby nie mój oczytany towarzysz podróży. - Tutaj umarł Jagiełło. Zdanie to rozwinął opowiadając historię śmierci być może największego polskiego króla. Kiedyś przejeżdżało się przez Gródek Jagielloński, jadąc z Przemyśla do Lwowa. Dzisiaj mija się go obwodnicą wybudowaną z okazji Euro 2012. Trzeba zatem zjechać z drogi, by oddać hołd miasteczku, które było świadkiem królewskiej śmierci. Po ukraińsku Gródek Jagielloński to zwyczajny Gorodok, odarty z przymiotnika. Śladów polskiej historii w miasteczku niewiele. Najważniejszym z nich jest otwarty dla wiernych kościół katolicki, jego fundatorem był wspomniany już Władysław Jagiełło. Tutaj modlą się Polacy, czytają polskie książeczki do nabożeństwa i teksty rozmaitych litanii porozkładane na ławkach. Piękny, modlitewny obyczaj – ławki pełne wszelkiej religijnej literatury, nic tylko brać do ręki i zanurzać się w modlitwie. Vis a vis kościoła, rzuca na kolana, budynek w stylu współczesnego ukraińskiego eklektyzmu. Swoją ekstrawagancją przebił wszystkie widoki zapamiętane z Gródka.

 
W roku 1434, jak zapisał Jan Długosz, król Władysław wyjechawszy z Krakowa podążał przez zwykłe miejsca postoju na Ruś. Król, wedle Długosza, miał się udać do Halicza, by odebrać hołd od wojewody Mołdawii - Stefana. Gdy jednak przyjechał do wsi Medyka, wbrew naturalnemu porządkowi, z miłej łagodnej wiosny zrobiła się jakby druga zima. A król Władysław nieprzestraszony wcale ostrym mrozem, nie chroniąc się przed nim (…) z jakiegoś przyzwyczajenia, przestrzeganego zawsze w swym życiu, którego nabrał z dawnego, pogańskiego obyczaju, udał się w lasy pragnąc napawać się czarującym, słodkim głosem słowika i słuchać jego śpiewu. Dalej Długosz wspomina, że król zaziębiwszy się, zmarł po dniach kilkunastu w pobliskim Gródku. Piękna i dla mnie absolutnie zrozumiała była praprzyczyna królewskiej śmierci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz