poniedziałek, 25 lutego 2019

Sambor Pacyków. Kolekcjoner



Jeden z tekstów do przygotowywanej dla wydawnictwa Zysk i S-ka książki "Opowieści z gór niewysokich". 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

SAMBOR PACYKÓW

Roman był znanym krakowskim deltiologiem, oczywiście nie tak znanym jak panowie Świerczenko czy Szczółek, mimo wszystko z pewnością był znany. Co prawda niektórzy, nieprzychylni mu kolekcjonerzy, uważali, że chciał za znanego tylko uchodzić. Gadali tak mimo to, że wszyscy bez wyjątku, go znali. Na szczęście nie jest to istotne dla tej historii. Żadnemu z bardziej znanych kolekcjonerów pocztówek nie zdążyła się historia nazywana przy krakowskich kawiarnianych stolikach „przypadkiem Romana”. Nie były to zresztą wyłącznie stoliki kawiarniane, bo nie do takiej roli aspirowały stoły w węgierskiej restauracji Balaton przy Grodzkiej. Były to poważne stoły, bez wyjątku, każdy z nich, miał nie mniej niż pięćdziesiąt lat. Przy jednym z nich Roman kupił starą pocztówkę z 1919 roku. Nadana była w Stanisławowie i zaadresowana do Krakowa na ulicę Starowiślną 17 , drugie piętro, jak zaznaczono w adresie. Mieli tam zamieszkiwać Państwo Czempińscy. Pocztówkę przyniósł mu młody chłopak, na oko mógł być studentem ale nie musiał. Roman umówił się z nim przez jeden z portali aukcyjnych. Nie zapłacił drogo, ledwie 20 złotych. Nie byli dla niego istotni dwaj Huculi pod parasolami, zamieszczeni na zdjęciu, które dzięki zestawieniu owych parasoli z ludowymi strojami górali uchodzić miało za śmieszne. Od momentu gdy zobaczył pocztówkę na ekranie swojego komputera kręciła go myśl, aby dostarczyć przesyłkę pod wskazany adres, bez względu kto tam obecnie zamieszkiwał.




Tak zrobił. Na Starowiślną 17 udał się w niedzielę, inaczej niż czynią to listonosze pracujący wyłącznie w dni powszednie. Roman słusznie zakładał, że w niedzielę najpewniej zastanie kogoś w mieszkaniu. Poza tym sam tego dnia miał sporo czasu często nudząc się nieprzyzwoicie. W mieszkaniu przyjęto go raczej chłodno i kazano przyjść później, kiedy babcia wróci z kościoła od Franciszkanów i przedpołudniowej kawy pitej w towarzystwie koleżanek. Do Franciszkanów wcale nie miała najbliżej, mimo to od lat mijała inne kościoły nie zwracając na nie uwagi. Przechodząc koło Dominikanów odwracała nawet głowę z czego co tydzień się spowiadała. Opowiedziała o tym Romanowi tego samego dnia po południu, kiedy zastał babcię w domu i gdy ta bez problemu rozpoznała na pocztówce pismo swego stryja.

poniedziałek, 16 października 2017

Reifstein - opowieść o Wielkiej Wojnie pewnego Wielkopolanina

Przed laty, w jednej z radiowych rozgłośni, zapytano mnie:
- Rumunia to w pana przypadku oczywiste, Huculszczyzna - można to zrozumieć, Morze Czarne - fascynujący temat, ale dlaczego nie napisze pan czegoś o swojej najbliższej małej ojczyźnie?


Minęło sporo czasu, zaszczepiona idea pochłonęła inne istotne projekty by ostatecznie objawić się jako… Reifstein. Opowieść o czasach odległych o stulecie, silnie związana z najbliższą dla mnie ziemią.

Będąc chłopcem słuchałem opowieści mojego pradziadka Szymona Krzymienia (1883 - 1979), walczył on na froncie I wojny światowej, był ranny pod Verdun. Stryj mego ojca, Wincenty Kruszona (1884 – 1915), na tej samej wojnie poległ pod Arras. Wielka wojna odcisnęła piętno na mojej wyobraźni.
Podróżując po Europie często, nawet w małych miejscowościach, spotykałem obeliski z nazwiskami poległych w latach I wojny światowej, tymczasem o poległych Wielkopolanach i Ślązakach nie mówiło się nic, w ich rodzinnych stronach trudno znaleźć miejsca upamiętniające jakże tragiczne losy.
O wielkiej wojnie na Zachodzie dowiadywałem się z przejmujących powieści Louisa Celina i Ernesta Hemingwaya.
Wincenty Kruszona zginął 8 maja 1915 roku. Miał niespełna  dwadzieścia jeden lat. Jak wielu Wielkopolan walczył w Armii Cesarstwa Niemieckiego. Tysiące takich jak on poległo, ich prochy rozsiane zostały głównie na francuskich polach bitewnych. Pozwolono byśmy skutecznie zapomnieli o ofierze złożonej z ich życia. Kilka tygodni po śmierci Wincentego rodzina otrzymała piękny dokument, odręcznie podpisany przez cesarza Wilhelma: Anioł pochylał się nad zabitym żołnierzem, ponad nimi widniały słowa z listu świętego Jana: „Wir follen auch unser leben für die brüder lassen” (My także winniśmy oddać życie za braci). Wcześniej rodzice żołnierza otrzymali skromną kartkę, napisaną przez Franza Kuffela, frontowego towarzysza broni Wicka, była odarta z wszelkiej chwały, za to wiało od niej trupim chłodem: 
        
Szanowni Państwo
Donoszę wam o waszym synie, pisze wam jako Wicek nie żyje. Pad przy szturmie pod miastem Arras. Pad dnia 8 maja o godzinie 5-tej popołudniu. Został zasypany ziemiom od gromu. Pozdrawiam was wszystkich Wicka  przyjaciel. Niech mu Pan Bóg da Niebo. Zostańcie z Bogiem.
(pisownia zgodna z oryginałem)

Nigdy nie potrafiłem się pogodzić z brakiem pamięci o poległych w latach wielkiej wojny Wielkopolanach i Ślązakach. Wstydliwy proces zapominania rozpoczął się od zarania niepodległości w 1918 roku. Pamięć o Wicku przetrwała, mimo, że poległ w pruskim mundurze, zasypany ziemią, po „gromie” jaki spadł na niego z nieba. Okazało się, że potrzeba napisania książki o tamtych czasach tkwiła we mnie bardzo mocno.




wtorek, 6 września 2016

Władek Wronowski - Terka, Bieszczady

Nazywam się Władysław Wronowski, mieszkam w Terce na samym końcu wsi pod numerem 65. Mój dom zacząłem budować w 1959 roku, a skończyłem w 1962. Urodziłem się w Zawozie,  w 1925 roku, kiedy mówię te słowa, 5 września 2016 roku, mam 92 lata. Moi rodzice Michał i Katarzyna Wronowscy mieli przed drugą wojną gospodarstwo w Zawozie, dziś jest to wieś na południowym krańcu Zalewu Solińskiego, w tamtych czasach sąsiadowała z zalaną w latach sześćdziesiątych wioską Solina.
We wrześniu 1939 roku Niemcy i Rosjanie ustanowili nową granicę między Rzeszą Niemiecką a Związkiem Radzieckim. Przebiegała ona w Bieszczadach na rzece San tuż obok nas. My znaleźliśmy się po stronie Niemieckiej. W styczniu 1940 roku skończyłem 15 lat, wówczas ukraińska policja wskazała mnie Niemcom jako Polaka, dostałem się do transportu w głąb Niemiec, wywieziono mnie tam „na roboty”. Koleją zawieziono nas do Wiednia, tam ustawili nas w szeregu. Niemiecki oficer rozdzielił szereg na pół, ci z lewej mieli pozostać w Austrii a prawa strona, w której ja się znalazłem miała jechać do pracy w Niemczech. Tak trafiłem w Sudetenland do Oberdonau, konkretnie do wioski Steblin poczta Frieberg, dzisiaj jest to po czeskiej stronie Sudetów. Przez całą wojnę pracowałem jako niewolnik u bauera. Dopiero w maju, tuż przed kapitulacją Niemiec, tereny te wyzwolili Amerykanie. Obiecali mi i moim kolegom, że zabiorą nas do Ameryki. Nic z tego nie wyszło. Nagle 1 czerwca 1945 roku Amerykanie zniknęli, jakby wyparowali, na ich miejsce pojawiła się czeska policja w cywilnych ubraniach, tylko z czerwonymi przepaskami. Czesi odwieźli nas do ruskiego wojska. Wiedzieliśmy, że nie wolno nam się przyznać, że wojnę spędziliśmy u bauera, takich Ruski od razu wywozili w głąb Syberii. Tłumaczyliśmy im że byliśmy w obozie jenieckim. Ruskie zawieźli nas do Oświęcimia i umieścili w barakach po świeżo wyzwolonym obozie Auschwitz. Tam przesłuchiwali nas cztery dni, a potem oddali w ręce Polaków. Ci nie byli lepsi, przesłuchiwali bardzo ostro. Ostatecznie wypisali mi zaświadczenie ważne dwa tygodnie. W tym czasie miałem odnaleźć rodzinę, dali mi też sto złotych na żywność. Dojechałem koleją do Sanoka, a stamtąd pieszo poszedłem do Zawozu. Znów trafiłem na wojnę, tym razem między Polakami a Ukraińcami. Od nas z Zawozu piętnastu chłopaków poszło do partyzantów Bandery. Nikt z polskich sąsiadów nie wskazał ich rodzin wojsku. Pierwsze spotkanie z Banderowcami miałem już w domu, pamiętam, że spodobał im się mój czerwony pasek i mi go zabrali, to nie była wielka strata.
W marcu 1947 w Jabłonkach zabili generała. Zrobiły to sotnie Chrynia i Bira. Po akcji wszyscy oni ukryli się w moim rodzinnym Zawozie. Na polskie rodziny padł strach, wieczorem tego dnia jak przyszli do wioski rozeszła się wieść, że skończą z Polakami. Miejscowi Ukraińcy  powiedzieli to memu ojcu, wszyscy żeśmy opuścili domy i pochowali się u ukraińskich sąsiadów. Jeden z nich, Wasyl Kopczak, którego syn Nykoła był ważnym człowiekiem w ukraińskiej bojówce, powiedział banderowcom, że zanim zabijecie naszych Polaków najpierw musicie pozabijać nas. Pomagało nam wielu ukraińskich sąsiadów, nie pamiętam już wszystkich nazwisk, był to Wasyl Dub, Nikoła Matym ( a może Macym ?) i inni. Następnego dnia ojciec kazał mi iść do Polaków mieszkających pod lasem, abym sprawdził czy żyją. Już na drodze zauważyłem czterech banderowców, oni mnie też. Nie było wyjścia trzeba było iść, czapka uniosła mi się ze strachu na głowie. Pomyślałem trudno, jak ma być śmierć to niech będzie. Podszedłem do nich i powiedziałem „Sława Jezu Christu” odpowiedzieli „Sława”, stojąca niedaleko Ukrainka powiedziała im, że jestem Polakiem. Teraz powiem coś bardzo ważnego, wierzyć mi się nie chciało ale jednym z nich był sam Chryń. To właśnie on wysoki i przystojny mężczyzna zagadnął do mnie: „Słuchaj polaczku wczoraj zastrelili my pierwą rybku w Polsce” – tak powiedział o generale. Pozwolili mi iść dalej. Doszedłem do polskiej zagrody. Wszyscy żyli, ale dom cały był zajęty przez banderowców. W Zawozie było 15 polskich rodzin dzięki naszym sąsiadom wszystkie przeżyły wojnę.  Ukraińcy mieli chyba niezły wywiad w polskim wojsku, może wiedzieli, że my nie wskazywali rodzin banderowców?

Po zabójstwie generała przysłali w Bieszczady dwie dywizje wojska. Dowodził nimi młody oficer Wojciech Jaruzelski. Pierwsza dywizja wysiedlała Ukrainców, jechali w olsztyńskie, do Szczecina i pod Wrocław. Druga dywizja szła i zostawiała po sobie spaloną ziemię. Popalono wszystkie ukraińskie gospodarstwa, tak przestały istnieć sąsiednie wioski Studenne, Tworylne, Krywe i inne. W 1947 roku poznałem swoją żonę Rozalię zmarła w 2013 roku. Ona pochodziła z Terki, jej dom spłonął w czasie walk z banderowcami. Banderowcy nie chcieli, aby stacjonowali w nim Polacy. Mieszkaliśmy w Zawozie, a w 1959 roku zaczęliśmy budować dom na ziemi żony. Zabrałem tam swoich rodziców. Wychowaliśmy pięcioro dzieci. W Zawozie został brat. Nie mieszkałem w Terce w trakcie strasznych wydarzeń z 8 lipca 1946 roku. Po wysiedleniu Ukraińców niedobitki banderowców pojawiali się jeszcze przez rok, czasem przychodzili po jedzenie, ale nikt już nie zginął.

poniedziałek, 5 września 2016

Studenne - Ogłoszenie

Siedząc w Terce w Bieszczadach postanowiłem pomóc nieznajomemu druhowi propagując jego dramatyczne ogłoszenie. Znalazłem je dzisiaj (4 września) w drodze na Studenne. Dla znających te strony może ono być o tyle dziwne, że na Studennym od 70 lat nie ma żadnej chałupy, o prądzie i wodzie nie wspomnę. Najbliższy sklepik znajduje się we wspomnianej Terce, wystarczy przejść przez przełęcz, a później już zaledwie pół godziny w dół. Oczywiście są tu inne atrakcje: jagody, ryby z Sanu, sporo wilków a i niedźwiadek się trafi. Zachęcam wszystkie panie do skorzystania z ogłoszenia nieznajomego desperata.


czwartek, 7 lipca 2016

Grzegorz Syniewski. Z Czarnohory do Katynia

Kilka lat temu zakupiłem sześć kartek pocztowych wydanych przez Książnicę Atlas. Wydano je w 1938 roku na podstawie powstałych w latach trzydziestych rysunków. Ich autorem był Grzegorz Syniewski. Odtąd postać ta, co jakiś czas wracała do mnie we snach, każąc zbierać wszelkie informacje na jej temat. Niestety nie jest to łatwe, do dzisiaj dysponuje zaledwie szczątkową wiedzą. Grzegorz Syniewski urodził się we Lwowie w 1899 roku. Trafiłem na ślady jego kariery nauczycielskiej, uczył rysunku w jednej z lwowskich szkół. 



Więcej informacji udało mi się zebrać na temat Wiktora Syniewskiego, domniemam że mógł to być ojciec Grzegorza. Wiktor urodził się w 1865 roku w Czerniowcach na Bukowinie, zmarł we Lwowie w 1927 roku. Był wybitnym profesorem chemii, i gorzelnikiem, stworzył tak zwaną polską szkołę skrobiową. W mieście gdzie powstawała ziemniaczana wódka Baczewskiego było to na pewno wysoko cenione. Wiktor był autorem wydanej w 1900 roku książki „Mikrobiologia Fermentacyjna”.



Cenna byłaby dla mnie jakakolwiek informacja, czy słusznie domniemam, że profesor Syniewski był ojcem autora posiadanych przeze mnie, wydanych w formie artystycznych pocztówek, rysunków. Tragicznym epizodem, który poza wszystkim, zapewnił wieczną pamięć o Grzegorzu Synieskiem była jego tragiczna śmierć w 1940 roku. W Wojsku Polskim dosłużył się stopnia kapitana. Wdzięczny będę za każdą informację dotyczącą Grzegorza Syniewskiego wspaniałego rysownika Czarnohory zamordowanego w Katyniu.







Posiadane przeze mnie rysunki Grzegorza Syniewskiego:

Czarnohora. Szałas pod Hnitesą
Czarnohora. W chacie huculskiej pod Skupową
Czarnohora. Chata huculska w Dzembroni
Czarnohora. Obejście huculskie w Dzembroni
Czarnohora. Widok spod Skupowej na Pop Iwana

Czarnohora. Widok z Zaroślaka na Howerlę 









środa, 24 lutego 2016

Wspólnota polską racją stanu

      W jednej tylko bitwie pod Verdun zginęło około osiemset tysięcy ludzi. Był to znaczący, ale jednak epizod, pierwszej wojny światowej. W trakcie drugiej wojny światowej, miliony zginęły w niemieckich  obozach koncentracyjnych, to też był tylko jeden z epizodów wojny. Obie wojny, światu i sobie samej, sprezentowała Europa, dumnie zwana Starym Światem.
 
 
    Żeby  nie dopuścić do kolejnej wojny zachodnioeuropejscy politycy powołali, w 1952 roku, Wspólnotę Węgla i Stali. Pomysł był banalnie prosty: jeśli będziemy mieli wspólny rynek węgla i stali to nie będziemy mogli między sobą prowadzić wojen. Do jej prowadzenia wówczas absolutnie niezbędne były stal i energia czyli, w tamtych czasach, węgiel. Dalej Wspólnota Węgla i Stali przekształciła się w Europejską Wspólnotę Gospodarczą, której ekonomiczny sukces skasował wschodnioeuropejską, kontrolowana przez sowietów, Radę Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, z jej militarną przybudówką Układem Warszawskim. Wkrótce po tym fakcie Polska i kraje sąsiednie dostały niepowtarzalną szansę przystąpienia do Unii Europejskiej, będącej, następnym etapem wspólnoty europejskich interesów i gwarantem kontynentalnego pokoju. Z przejęciem przyglądałem się temu znaczącemu dla Polski procesowi.
     Widać pamięć o wojnach skutecznie się zatarła. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu, niemal każdy dorosły Europejczyk potrafił powiedzieć ilu ludzi zginęło w konkretnych europejskich bitwach, na frontach pierwszej i drugiej wojny. Każda rodzina, obojętnie z której strony frontu, opłakiwała swych poległych i zaginionych. Wielkopolanie ginęli w armii Kajzera, walcząc o wolność w Powstaniu Wielkopolskim, czy wreszcie na wszystkich frontach II wojny. Tymczasem, po latach, słyszę o eurosceptykach, o konieczności rozmiękczania Unii Europejskiej, o przywracaniu kilkukrotnie już skompromitowanej idei Europy silnych państw narodowych. Dziękuję. Ja i moi bliscy z tego korzystać nie chcemy. Jak wielkim trzeba być historycznym abnegatem i zacietrzewionym militarystą, żeby głosić podobne hasła? Czy wolność powinna być zawsze okupiona krwią, wówczas bardziej się ją ponoć ceni? Nic z tych rzeczy, nie przekonają mnie Rymkiewiczowskie dywagacje. Polacy okupili swoją wolność morzem krwi niespotykanym wśród innych europejskich narodów. Tymczasem odnoszę wrażenie, że dzisiaj bardziej na wolności zależy Duńczykom, Rumunom, Belgom, Hiszpanom, Włochom i wszelkim innym nacjom poza Polakami. Wolności w Polsce nie ceni się za wszelką cenę, co jakiś czas wystawiając wątłe państwo na próby. Funkcjonowanie, przynajmniej w jakimś zakresie (nikt nie wie w jakim), w kontrze do Unii Europejskiej i niesionych przez nią wartości, to kolejna podobna próba. Jaką radość podobne tendencje wzbudzać muszą nad rzeką Moskwą, nie trzeba dodawać. 

niedziela, 14 lutego 2016

Dachy - przestrzeń niedostrzegalna


      Ryba psuje się od głowy, a miasto? Domniemam, że od dachów. Nawet najpiękniejsze elewacje  nie przetrwają próby czasu, jeśli budynki nie będą zwieńczone solidnymi dachami. Chodząc po mieście z reguły spoglądamy nie wyżej niż poziom pierwszego piętra. Właściciele, ulokowanych przeważnie na parterach budynków, sklepowych wystaw, starannie dbają o wygląd handlowych placówek. Tym samym poprawiają nam samopoczucie.
 
Zdarza się, szczęśliwie, że cała kamienica posiada jednego właściciela, wówczas chwała mu jeśli zadba o jej kompleksowy wygląd. Niestety większość miast boryka się z trudnymi do załatwienia problemami należytego zachowania, często odrestaurowania, wymurowanej przed ponad stu i więcej laty, substancji miejskiej. Nie każdą kamienicę można oddać dawnemu właścicielowi lub sprzedać. Jaki to gigantyczny problem najlepiej widać, gdy spojrzymy właśnie na miejskie dachy. Nie nadają się do tego zdjęcia lotnicze, zrobionym z perspektywy lotu ptaka. Wówczas umkną nam architektoniczne niuanse, a tym bardziej blizny na pokancerowanych budynkach.
 
    Najdoskonalszym punktem do obserwacji dachów są inne dachy.  Zastanawiające jak piękna i inna to przestrzeń, najczęściej w ogóle niedostrzegana i trudna do ogarnięcia. Nie sposób nie zadać sobie pytania: co się stanie z miastami, których dachy w końcu się zapadną?
 
Bardzo rzadko wchodzimy na dachy, chyba stanowczo zbyt rzadko. Mamy przez to lepsze samopoczucie. Cieszymy się widokiem przyziemnych elewacji, których za chwilę, z braku dachów, zabraknie. Na zdjęciach kilka spojrzeń na dachy Szamotuł.   
 

niedziela, 7 lutego 2016

Tu byłem... Wandal historyczny


     Herostrates nie przeszedł do historii dlatego, że był szewcem. Udało mu się to dzięki nikczemnemu czynowi spalenia świątyni Artemidy w Efezie, jednego z siedmiu cudów świata starożytnego. Skazano go na śmierć, a imię kazano wymazać z pamięci, by nie pozostało na zawsze w historii, jak to sobie sam wymyślił Herostrates. W rezultacie swego czynu pozostał słynny, jako pierwszy znany terrorysta. Wystarczy zatem zrobić coś absolutnie głupiego, a nawet szkodliwego, aby zostać zapamiętanym. Przykładów takich działań jest bez liku. Nie bez przyczyny najwybitniejsze dzieła sztuki pokazuje się za pancernymi szybami, a i tak co jakiś czas znajdzie się idiota chcący  nożem, kwasem czy młotkiem dokonać spektakularnej dewastacji.
 
      Osobiście śledzę i zapisuję w formie zdjęć mniej drastyczne przypadki, kiedy na zabytkach pojawiają się wzmianki z cyklu „tu byłem”. Nie interesują mnie wytwory współczesnych profanów. Szukam wandali z przeszłości, takich którzy wyczyny swoje utrwalili na dziełach sztuki przed stu i więcej laty. Jest to niezła zabawa i przy okazji dylemat: czy wpis uczyniony ręką przechodnia przed wiekami, czy choćby przed stu laty nie jest sam w sobie świadectwem historii dodając patyny czasu do oryginalnej pracy artysty? W tym celu udałem się ostatnio do Katedry Wawelskiej. Pamiętam miejsca, gdzie jeszcze niedawno, pełno było w niej dziewiętnastowiecznych dewastacji. Okazało się, że dziś prawie nie można ich odnaleźć, pozostało ich niewiele. Konserwatorzy, pewnie słusznie, zapragnęli odnowić dzieła takimi jakimi stworzył je artysta, bez późniejszych wtrętów i kwiatków dodanych przez przypadkowych przechodniów. Mam cichą nadzieje, że część tych często ciekawych w swej wymowie  dewastacji, zachowano w formie fotografii. Mimo wszystkich starań odnalazłem resztki z zapamiętanych przeze mnie wpisów, jak ten na jednej z czaszek na okazałym nagrobku poświęconym Michałowi Korybutowi Wiśniowieckiemu. Wystarczy znaleźć się na tyłach głównego ołtarza, by podobne wynajdywać smaczki.
 
Nie inaczej jest w innych miejscach, nawet w tych zupełnie niespodziewanych. Ostatnio wypatrzyłem wpis wandala z 1864 roku, na zabytkowej chrzcielnicy w Obrzycku (widać go z prawej strony fotografii).
 
 
Klasyczne „ornamenty wandalskie”, godne plemienia o tej nazwie, które przypomnę, w V wieku złupiło cesarstwo zachodnio-rzymskie, znajduję w Rumunii. Zabytki klasy światowej, jakimi są malowane bukowińskie monastyry są księgą posiadającą podwójną narrację. W warstwie pierwotnej opowiadają o czasach biblijnych poprzez unikatowe dzieło malarskie. W warstwie młodszej mówią o sposobie upamiętnienia odwiedzonych miejsc, przez turystów, na przełomie XIX i XX wieku. Obie narracje są równie ciekawe, choć ta druga zaczyna, dzięki wpisom zupełnie świeżej daty, przyćmiewać historię właściwą. Tak to bywa z historią.

niedziela, 31 stycznia 2016

Krakowska ławeczka Jana Karskiego

        We wtorek, na krakowskim Kazimierzu, dokładnie na ulicy Szerokiej, przed synagogą Remu, odsłonięto ławkę Jana Karskiego. Nie pierwszy to tego typu skromny monument poświęcony polskiemu kurierowi. Na świecie stoi ich co najmniej kilka, wyróżniając tym samym miasta, z którymi związany był Jan Karski.
 
 
Gospodarzem uroczystości był prezydent Krakowa Jacek Majchrowski. Nie przypadkowo odsłonięcie zaplanowano na miniony wtorek, w środę przypadała 71 rocznica wyzwolenia obozu KL Auschwitz. Ile istnień ludzkich uratowała misja Karskiego tego nie wiemy. Choćby było ono tylko jedno, to i tak uratował dla kogoś cały świat. Wiemy dzisiaj, że tych istnień były tysiące, zwłaszcza węgierskich i rumuńskich Żydów.
 
 Włodzimierz Cimoszewicz wspominał odsłonięcie pierwszej ławeczki Karskiego na Uniwersytecie w Georgetown
 
Jan Karski polski patriota, katolik, członek sodalicji mariańskiej, bardzo dosłownie wierzył w ideały, które ukształtowały go jako Polaka. Urodził się w Łodzi, niemal w przededniu wybuchu Pierwszej Wojny Światowej. Dwadzieścia kilka lat później, jako jeden z pierwszych ludzi obwieścił światu co dzieje się za murami obozów koncentracyjnym i na czym polega rozwiązywanie przez Niemców tak zwanej kwestii żydowskiej. Przyjęty przez prezydenta Roosevelta osobiście zdawał mu relację. Najbardziej wpływowi politycy amerykańscy nie dawali wiary jego słowom.
 
 
Walter Braunohler, konsul USA w Krakowie, reprezentował prezydenta Stanów Zjednoczonych.

     Po wojnie Karski pozostał w Stanach Zjednoczonych, był profesorem katolickiego Uniwersytetu w Georgetown. Zaznaczam proweniencję uczelni aby wyhamować ewentualnych naprawiaczy historii, których dyletanctwo kłuje mnie ostatnio po oczach. Na szczęście życiorysu Jana Karskiego nie da się napisać od nowa. Torturowany przez gestapo usiłował odebrać sobie życie podcinając żyły. Uratowany, postanowił ratować innych. Taki wyznaczył sobie cel. Po wojnie został obywatelem USA, a po latach honorowym obywatelem Izraela. Dożył starości, zmarł w Waszyngtonie, 13 lipca 2000 roku. Nigdy za życia nie był zainteresowany splendorami i należną mu sławą. Nadeszły czasy, w których jesteśmy mu winni szczególną cześć. Pamięć o nim i jego czynach z pewnością zostanie zachowana. Dzisiaj jest ona z pewnością większa poza Polską. Zatem ma ławeczka do spełnienia swoje zadanie, choć niektórzy, z pewnością, będą wstydzili się na niej usiąść.

 
 

niedziela, 24 stycznia 2016

Historia kołem się toczy, czyli spór o inwestyturę


       Zmieniamy otaczającą nas rzeczywistość wprowadzając nowe w miejsce starego. Czasami wychodzą z tego koszmarki, jak na zdjęciu jednego z murów sfotografowanych niedaleko Szamotuł. Kiedy upiększamy na siłę, to co z natury jest piękne, postępujemy wbrew mojej ulubionej dewizie, że lepsze bywa wrogiem dobrego.
 
Przykład drugi, kiedy to nowe wdarło się w uświęconą tradycję, ukazuje zdjęcie bloku wybudowanego w tle blisko dwustuletniego krzyża, tworząc z niego obiekt niesprzyjający religijnej zadumie. Porządkując zasoby fotograficzne stwierdziłem, że mam całkiem pokaźny zbiór anomalii - ciekawostek architektonicznych i krajobrazowych - z najbliższej okolicy. Jak widać na zdjęciach sfery święta i laicka potrafią się wzajemnie nie szanować i znęcać nad sobą.

 

Nie zawsze da się owe sfery połączyć, ale o ile się da o tyle warto o to zadbać. Nie dotyczy to wyłącznie architektury. Przenikanie się obu tych sfer w przestrzeni publicznej wzbudza wiele emocji co najmniej od czasu, kiedy to, w styczniu 1077 roku, Henryk IV, klęczał trzy dni na śniegu przed zamkiem w Canossie. Bawiący tam papież Grzegorz VII, dopiero po tak dotkliwej pokucie, przyjął cesarza cofając nałożoną wcześniej na niego klątwę. Z reguły na tym kończy się opowiadanie tej historii, czerpiąc z niej fałszywy morał. Tymczasem ma ona swój ciąg dalszy. Co było dalej?  Henryk IV popadł w kłopoty, wypowiedziało mu posłuszeństwo część książąt Rzeszy. Poprosił Grzegorza VII, aby tym razem obłożył ekskomuniką uzurpatora do cesarskiej korony. Grzegorz nie dość, że odmówił, to po raz kolejny nałożył ekskomunikę na Henryka IV. Ten nie mając wiele do stracenia, zdobył Rzym doprowadzając do tego, że papież zamknął się, jak w więzieniu, w Zamku Świętego Anioła. W tym samym roku zbuntowany lud obarczywszy Grzegorza VII odpowiedzialnością za to, że przyczynił się swym postępowaniem do wojennego spustoszenia Rzymu, doprowadził do przegonienia go z miasta. Tymczasem na Stolicy Piotrowej Henryk IV osadził, sprzyjającego sobie, Klemensa III. Grzegorz VII umarł rok później na wygnaniu w Salerno. Morał z tych sporów wymowny:  historia kołem się toczy.

niedziela, 17 stycznia 2016

Jak co roku chasydzi spotkali się w Lelowie


 
         Od piątku do niedzieli chasydzi z całego świata modlili się w Lelowie tańcząc, śpiewając, pijąc wino i paląc tytoń. W tym roku przypadła 202 rocznica śmierci Dawida Bidermana cadyka z Lelowa. Lelów, wieś położona 35 kilometrów od Częstochowy, dzięki grobowi cadyka, jest w Polsce jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc przez ortodoksyjnych Żydów. Dzisiaj istnieje tam z prawdziwego zdarzenia ohel (grobowiec), w którym wedle tradycji spoczywają szczątki cadyka. Zbudowano go nie tak dawno. Dowożeni autokarami z lotnisk w Krakowie i Katowicach, Żydzi mają gdzie tańczyć i spiewać. Nie straszna jest im już teraz styczniowa, polska aura.
 
 
Kiedy byłem tam wiele lat temu, jeszcze przed rokiem dwutysięcznym, pojedynczych chasydów spotkać można było modlących się na tyłach małego sklepiku GS, gdzie wcześniej zlokalizowano, zrównany z ziemią w latach wojny, grób cadyka. Dojeżdżali tu taksówkami, stali w błocie przy bramie Gminnej Spółdzielni zmarznięci i niewyspani. W ostatnich latach w Polsce, wbrew niektórym, zmieniły się nie tylko drogi, stacje benzynowe i hotele, ale także ludzkie dusze. Wyzbyły się one wstydliwej pogardy dla byłych sąsiadów, z którymi kiedyś wspólnie zamieszkiwaliśmy nasze ziemie. Mimo całej antysemickiej retoryki pojawiającej się w okolicach stadionów piłkarskich, na stałe zmieniliśmy naszą świadomość historyczną i to na tyle, że w zdecydowanej większości nie patrzymy nienawistnym okiem na gości szukających dookoła nas śladów swojej przeszłości. Jakakolwiek ta przeszłość była, była przeszłością wspólną, narodów zamieszkujących ziemie Rzeczpospolitej.
 

 
Warto o tym pamiętać w dzień inauguracji Wrocławia, jako Europejskiej Stolicy Kultury.     Powinniśmy  widzieć, że chasydyzm jest jedynym żywym ruchem religijnym powstałym na ziemiach Rzeczpospolitej. Jest on częścią mozaiki, która składa się dzisiaj na szeroko rozumiany Judaizm. To też świadczy o historii tej ziemi. Nie pora, aby opisywać tu dzieje Baal Szem Towa, założyciela chasydyzmu, być może przyjdzie kiedyś na to odpowiednia chwila. Ciekawskich nieskromnie odeślę do mojej książki „Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna”, z której, gwarantuję, więcej na ten temat się dowiedzą.

niedziela, 10 stycznia 2016

Raj dla gwałcicieli


    Fajny dzień, w którym znów zagrała Orkiestra, a mnie po głowie wędrują jakieś ponure myśli o bestialskich gwałtach. Kiedy szukałem materiałów do prelekcji na temat gwałtów w Afryce, przez przypadek (co za nieuwaga), trafiłem na stronę Korwina Mikke i zamieszczony na niej cytat pierwszej damy Zimbabwe pani Mugabe. Jakby ktoś nie wiedział przypomnę, że Mugabe to dyktator i satrapa jakich dziś nie ma wielu nawet w Afryce. Jego cytowana przez Korwina M. żona uważa, że za gwałty odpowiadają kobiety, ponieważ zbyt wyzywająco się ubierają nosząc na przykład krótkie spódnice.
 
 
Nie jest to śmieszne, lecz żałosne, tym bardziej, że na czarnym lądzie gwałty są rzeczą powszechną i niestety należą do często hołubionej tu kultury przemocy a w żadnym razie nie są wynikiem frywolnych strojów. W Ugandzie, znanej ze swojej nietolerancji wobec homoseksualistów, minister etyki i prawości Simon Lokodo, zachęca wręcz do prewencyjnych gwałtów na lesbijkach przekonując, że to lepsze od homoseksualizmu. Strach pomyśleć, czy nie zacytuje go niebawem, któryś z polskich polityków (czy aby na pewno można używać dumnego słowa polityk?). W czarnej Afryce gwałtom sprzyjają konflikty zbrojne, wojny domowe i wędrówki uchodźców. Gwałt jest wreszcie tradycyjnym narzędziem narzucającym dominację, tak jednostce, jak i całym społecznościom. W Kongo każdego dnia gwałconych jest około tysiąca kobiet w wieku rozrodczym, co daje szokujący wynik 40 gwałtów na godzinę. Podobne statystyki panują w pozostałych krajach czarnej Afryki, z RPA włącznie. W wielu z nich za falą gwałtów idą bestialskie okaleczenia, czy jak choćby miało to miejsce w zachęcającej do gwałtów w majestacie prawa Ugandzie, galopująca epidemia HIV. Kiedy Europejczycy wypowiadają się na temat gwałtów w Afryce akcentują behawiorystyczny czynnik męski, jako sprawczy, wyrządzający zło i zagrażający ładowi tworzonemu przez białego człowieka. Rzadko akcentuje się żal wobec milionów ofiar gwałtów, biednych, nieludzko traktowanych afrykańskich kobiet. Tym samym stawiają się w pozycji pani Mugabe, czy cytującego ją pseudointelektualisty.
 
 

     Na marginesie dodam, że w Afryce, zwłaszcza w środowiskach miejskich gangów (Kinszasa, Nairobi, Kampala, czy Lusaka to wielomilionowe molochy), gwałty odbywają się także na mężczyznach. Przyjęty do gangu jest gwałcony przez kolejnych członków (porażająca dosłowność niezamierzona), stojąc przez ten uwłaczający gest najniżej w hierarchii grupy. Dopiero gdy sam kogoś zgwałci jego pozycja wzrasta i tak dalej w myśl zasady: „Im więcej zgwałcę, tym mniej ma prawo zgwałcić mnie". Pozdrowienia z Afryki!
 
 

 

niedziela, 3 stycznia 2016

O książkach 2015


 
    To już trzeci dzień stycznia, a ja nie uporałem się jeszcze z rokiem ubiegłym, pozostało kilka spraw do rozliczenia i tematów do zakończenia. Jedno jest pewne nie przeczytam już tych książek, na których przeczytanie zwyczajnie zabrakło czasu, niektóre przejdą na rok następny ale pewnie znajdą się i takie, do których już nigdy nie wrócę. Z tego względu nie warto o nich pamiętać, a tym bardziej wspominać, skupiając się na tych które z 2015 roku zapamiętam jako przeczytane. Nie było tego zbyt wiele, gdzież 2015 do roku na przykład 2013 ? Trzeba się jednak cieszyć z tego co się udało osiągnąć w niełatwej dziedzinie poszerzania horyzontu.


    Zaczęło się od dwóch klasycznych powtórek, zamierzałem do nich powrócić od lat i w minionym roku wreszcie się to udało: „Sto lat samotności” i „Mistrz i Małgorzata”. Zwłaszcza pierwsza z nich męczyła mnie od dawna, aby odnowić pamięć o Macondo i skonfrontować ją z miejscami, do których udało mi się dojechać. Było warto. Inaczej odczytałem dziś obie te książki, przed laty wyzwalały wielkie emocje, teraz emocji było mniej, ale zachwyt pozostał. Bezsprzecznie podróż do lektur sprzed lat blisko trzydziestu dała mi wspaniałe doznania. Najważniejszą książką minionego roku będzie dla mnie jednak, pokaźne w swych gabarytach, „Odkrycie nieba” – czytanie tej książki to fantastyczna przygoda, choć książka należy zdecydowanie do smutnych, pochłania jak mało która lektura. Zdecydowanie numer jeden. Wiele obiecywałem sobie po „Kolekcjonerze światów”, czytanie tej książki nie był to czas stracony, jednak po zmaganiach z „Odkryciem nieba” sięgałem po nią jak po lekturę przygodową i zdecydowanie bardziej lekką niż to się ostatecznie okazało. W międzyczasie przyszła kolei na „Utz”, absolutnie genialną mikro powieść Bruca Chatwina, pełną erudycji, piękna i tajemniczej Pragi z jej mieszkańcem - kolekcjonerem Utzem. Arcydzieło. Podobnych rozmiarów „Znak wodny” zraził mnie noblowskim parnasizmem, zbyt wysublimowana lektura czasem nie służy. Ze zmartwieniem spostrzegam, że wśród zeszłorocznych lektur znalazły się zaledwie dwie polskie książki. Po „Pióropusz” Mariana Pilota sięgnąłem bo chętnie spotykam się  z lubianą przeze mnie tematyką wiejską, jednak tym razem nie zostałem powalony, tak jak to bywało podczas wcześniejszych spotkań z Tadeuszem Nowakiem. Drugą, bardzo polską lekturą, była książka „Rzeczy - Iwaszkiewicz intymnie”, niezła podróż krętymi ścieżkami Iwaszkiewicza, który bywało, że nie miał sobie równych, a mimo to… generował sprzeczności i wędrował po meandrach, z których składa się życie, nie tak proste jak chcieliby tego politycy w swoich prymitywnych narracjach. Zawiodła mnie „Ucieczka z Raju – Lew Tołstoj”. Kobylasta opowieść o wielkim rosyjskim pisarzu i myślicielu, okrzyknięta w Rosji arcydziełem, raziła mnie stronniczością i uczynieniem z Tołstoja czegoś na wzór kukły, inteligentnej ale jednak kukły. Zatem zaczynamy od początku. Miłych lektur 2016 roku, może to być rok, w którym wyjątkowo warto udać się w inne światy.    
 
 

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Ernest Hemingway - uśmiercony polityczną poprawnością


 
    Kim dzisiaj byłby Ernest Hemingway? Pisarz do niedawna pomnikowy, a obecnie mało czytany. W dzisiejszej Polsce (i nie tylko w Polsce), zdyskwalifikowanoby wielkiego prozaika z wielu powodów. Oberwałoby się Hemingwayowi tak z lewa, jak i z prawa. Nikt nie zważałby na to, że autor „Pożegnania z bronią” był świadkiem swoich czasów i żywym uczestnikiem tego co z perspektywy czasu zwiemy historią. Jako korespondent z wojny domowej w Hiszpanii byłby okrzyknięty lewakiem. Jako piewca Afryki i jej mieszkańców byłby nie do przyjęcia dla rasistów i ksenofobów, jako zwolennikiem corridy – zostałby potępiony przez obrońców praw zwierząt, podobnie za zamiłowanie do polowań. Cztery żony dyskwalifikują wielkiego pisarza w oczach katolików, podobnie jak społecznie nieakceptowalne byłoby skrócenie sobie życia samobójczym strzałem z ulubionej strzelby w rezydencji pisarza, w Ketchum, w stanie Idaho. Było to blisko 55 lat temu. Jakby tego było mało dał sobie zrobić zdjęcie z  Fidelem! Wykonano je podczas zorganizowanych przez Ernesta na Kubie zawodów wędkarskich, bodajże w 1960 roku. Dziś niemal każdy polityk chce się sfotografować z dawnym rewolucjonistą, późniejszym dyktatorem będącym ostatnim żywym reliktem okrutnej dwudziestowiecznej historii.
 
Hotel Masindi pamięta czasy Ernesta Hemingwaya i Humphreya Bogarta
 
    Jeśli nie umiemy się cieszyć towarzystwem pięknej kobiety i butelką dobrego alkoholu niekoniecznie w oszroniałej butelce, znaczy się, że nie umiemy żyć – coś podobnego mawiał Ernest Hemingway. No i jeszcze słuchać Jazzu! Wróciłem z Ugandy. Zużyty bilet leży jeszcze na półce. Po raz kolejny dojechałem do Masindi miasteczka w buszu, gdzie czas zatrzymał się mniej więcej wtedy gdy w okolicy bywał Ernest.
Główna ulica w Masindi
 
 Niedaleko stąd, nad wodospadami Murchisona, zdarzył się pierwszy z jego dwóch afrykańskich wypadków lotniczych, drugi, jeszcze groźniejszy, miał miejsce zaledwie dwa dni po pierwszym w Butiabie, kiedyś ruchliwym porcie nad Jeziorem Alberta, dzisiaj całkowicie zrujnowanym tropikalnym piekle zamieszkałym przez biednych rybaków. To też blisko Masindi.
Butiaba
 
 Poszedłem do starego hotelu, w którym się zatrzymywał. Usiadłem za zniszczonym barem, dokładnie tym samym, prosząc o szkocką whisky. Nie pamiętam jaką. Wielkiego wyboru nie było, może jeden, góra dwa gatunki. Przy tym samym barze siadali Humphrey Bogart i Katharin Hepburn kiedy kręcili plenery do „Afrykańskiej królowej” słynnego filmu Johna Hustona z 1951 roku.

Pokój numer osiem, kiedyś wynajmowany przez Ernesta Hemngwaya

   
 Po powrocie zajrzałem do empiku, próżno szukać w nim książek Hemingwaya, w sprzedaży zaledwie audiobook „Stary człowiek i morze” czytany przez mistrza Jerzego Trelę. Innych tytułów brak, książki ani jednej. Chłodne spojrzenie na wir zdarzeń, opisywanie wojny prostymi zdaniami, bez wikłania się w ideologiczne spory dzisiaj nie są w modzie. Dookoła nas królują dydaktycy pouczający, jak powinniśmy żyć. Literatura w ostatnich dwóch dekadach dwudziestego wieku strasznie zniewieściała. Zalał nas nadmiar książek, których nie łatwo wyłowić rzeczy warte czytania. Prędzej czy później wrócimy do powstałego z martwych Hemingwaya. Jestem przekonany, że już niebawem „Komu bije dzwon”, „Pożegnanie z bronią” i inne tytuły napisane przez wielkiego Amerykanina i kilku jemu współczesnych pisarzy ponownie zaistnieją na półkach księgarń.
 

niedziela, 20 grudnia 2015

Był taki prezydent...


 
    To nie do wiary, jak tak bliskie sobie kraje mogą zarazem być od siebie odległe. To refleksja po moim ostatnim pobycie w Czechach. W miniony piątek pojechałem do Brna. Nie miałem tam do załatwienia nic ponad odebranie córki z akademika Uniwersytetu Masaryka i przywiezienie jej do domu na święta. Zwykłe zrządzenie losu sprawiło, że przyjechałem do Brna 18 grudnia, dokładnie w czwartą rocznicę śmierci Wybitnego Europejczyka, jak nazwał Vaclava Havla Lech Wałęsa. Wałęsa był jednym z wielu światowych przywódców, którzy w kilka godzin po śmierci bojownika o demokrację, oddali hołd byłemu prezydentowi naszych sąsiadów. Pisanie o Havlu nie jest rzeczą prostą, należałoby przywoływać tysiące zdarzeń i postaci, choćby przywołać rolę jaką w Czechosłowacji spełniła współtworzona przez niego „Karta 77”. Nie tu jednak miejsce na podobne dywagacje. Wśród przyjaciół Havla byli najwięksi politycy demokratycznego świata,  artyści z nieodżałowanym Lou Reedem, wielcy polscy bojownicy o wolność, z którymi systematycznie spotykał się w miejscach nieprzewidywalnych dla komunistycznych służb bezpieczeństwa obu krajów, czy wreszcie przywódcy religijni, z jego wielkim przyjacielem XIV Dalajlamą duchowym przywódcą narodu Tybetańskiego. Tego ostatniego poprosił o spotkanie tuż przed śmiercią. Spotkali się tydzień przed jej nadejściem,  Havel już na wózku inwalidzkim odbył z nim ostatnią ważną rozmowę.
 
 
     Z nostalgią oglądam stare zdjęcia na których Vaclav Havel wraz z Jackiem Kuroniem , Adamem Michnikiem i Antonim Macierewiczem (tak, tak, tym samym!) spotykali się na górskich szlakach mając w głowie ten sam pomysł, jak się okazało, znakomity dla większości Polaków, Czechów i Słowaków. Były to czasy wielkiej nadziei i powszechnej zgody co do konieczności stworzenia nowego ładu w naszej części Europy. Havel został z rekomendacji Forum Obywatelskiego ostatnim prezydentem Czechosłowacji. Pokojowo przyzwolił na samostanowienie Słowakom, którzy może nazbyt pospiesznie, w 1992 roku, stworzyli nowe państwo – Słowację, pozostawiając Havlowi Czechy, współrządzone  wówczas przez prawicowy rząd Vaclava Klausa. Nie było jednak innej możliwości by urząd prezydenta sprawował kto inny niż Vaclav Havel - prezydent zgody, porozumienia i wielkiego autorytetu. Urząd ten piastował, zgodnie z konstytucją przez dwie kadencje w latach 1993 – 2003. O ile pamięć o wielu politykach szybko niknie w mroku dziejów, w przypadku Havla jest to absolutnie nie do pomyślenia. Nie tylko polityką żył legendarny Vaszek. Dużo wcześniej zyskał sławę dramatopisarza, laureata literackich nagród, wreszcie dysydenta, i człowieka o niepospolitym poczuciu humoru i dystansie do samego siebie. Nie sposób nie wspomnieć tu o jego żonach. Oldze i Dagmarze. Olga, zmarła jako Pierwsza Dama w czasach pierwszej prezydentury, w 1996 roku. Było to rok po urodzeniu Olgi, po którą właśnie w piątek pojechałem do Brna przy okazji zapalając świeczkę w jednym z miejsc, w którym mimo grudniowego deszczu zrobili to tamtejsi Czesi i Słowacy.
 

wtorek, 15 grudnia 2015

Żyrafa - jest takie zwierzę!



     Takiego zwierzęcia nie ma! - wykrzyknął pewien gość ogrodu zoologicznego na widok żyrafy - niczym polityk, który widzi ale nie dostrzega (nie przyjmując do wiadomości)

 
Przez wieki uważano, że to przyrodnicza anomalia wynikła ze skrzyżowania wielbłąda z lampartem. Ślad podobnych wyobrażeń istnieje w łacińskiej nazwie zwierzęcia, do której dodany jest przymiotnik camelopardalis – ni to camel, ni to leopard. Zwierzę działało na wyobraźnie twórców wszelkiego autoramentu: choćby „Płonąca żyrafa” Salwadora Dali, poetów, projektantów licznych zabawek, rysowników kreskówek i pomysłodawców tysiąca żyrafopodobnych gadżetów. Spogląda taka żyrafa z wysokości sześciu metrów ponad ziemią i nie ma sobie w tym równych wśród innych ssaków, ze wszystkich będąc zdecydowanie najwyższa. Stąd wyzbyta jest wszelkich kompleksów w przeciwieństwie do swoich antagonistów.
 

Zatem pojechałem sprawdzić jak to jest naprawdę, czy aby na pewno są żyrafy czymś ponad atrakcję ogrodów zoologicznych i popkulturowych desygnatów? W tym celu wybrałem się na północ od dzikiego Nilu Viktorii, dokładnie w miejsce gdzie od wschodu wpada on do Jeziora Alberta, aby natychmiast z niego wypłynąć, w już właściwym sobie kierunku północnym. Stąd ma pewnie jakieś 6 tysięcy kilometrów do Morza Śródziemnego. Nil wraz z jeziorem tworzą tu naturalny półwysep zwany Buligi, zamieszkuje go mnóstwo zwierząt, w tym dziesiątki Żyraf Rotschilda. Jest bowiem w Afryce kilka podgatunków żyraf, w tym jeden z najrzadszych występujący właśnie w opisanym przeze mnie miejscu, w zachodniej Ugandzie.
 
Spędziwszy tam trochę czasu stwierdziłem ponad wszelką wątpliwość, że żyrafy żyją w naturze i są najprawdziwsze na świecie. Z tak ugruntowaną wiedzą mogę teraz iść do zoo i stwierdzić, wbrew niektórym gościom, że takie zwierzę naprawdę istnieje.